Kolorowanki do kosza, czyli rozważania ostrożnego pedagoga

fot. domena publiczna - Pixabay.com

Narzędzia
Typografia

Spośród nieprzeliczonego mrowia oryginalnych idei i świetnych pomysłów dotyczących edukacji, jakie w ciągu ostatnich lat przemknęły przed moimi oczami, szczególnie za sprawą internetu, jedna propozycja posłuży dzisiaj jako punkt wyjścia do pedagogicznej refleksji. Zachowałem ją w pamięci ze względu na zarazem odkrywczy i obrazoburczy tytuł artykułu, sugerujący mianowicie, że popularne kolorowanki, czyli obrazki zawierające kontury do wypełniania, szkodzą dzieciom. I zachęcający, by wobec tego wyrzucić je do kosza.

Jeśli ktoś chciałby zgłębić zagadnienie u źródła, podrzucam link. Na użytek mniej dociekliwych Czytelników zaraportuję tylko krótko, że zdaniem autorki tej publikacji nieliczne dobre strony tradycyjnych kolorowanek: wspomaganie rozwoju małej motoryki i wyciszenie młodego człowieka przez skupienie jego uwagi na pracy, zderzają się z całym szeregiem złych. A mianowicie uczą one konformizmu i schematycznego myślenia, deprecjonują własną twórczość dziecka oraz narzucają „dorosłe” spojrzenie na dany obiekt (i świat w ogóle), tłumiąc w zarodku dziecięcą kreatywności. Nawet ich domniemana zaleta – wyciszenie, może być również uznana za wadę, jeśli odciąga dziecko od interakcji z innymi ludźmi. Co prawda, tytuł wspomnianego artykułu kończy się znakiem zapytania, ale lektura nie pozostawia wątpliwości, że kolorowanki są po prostu szkodliwe.

Ze swej strony mógłbym zarówno poszerzyć listę potencjalnych zalet, jak i wad tej zdawałoby się niewinnej zabawy, tudzież stwierdzić prowokacyjnie, że nie jestem zwolennikiem zachęcania do kreatywności za wszelką cenę. Jednak dyskusja na ten temat nie jest celem niniejszych rozważań. W istocie do problemu kolorowanek mam stosunek dokładnie obojętny, choć muszę przyznać, że propozycje alternatywne, podane w podlinkowanym artykule, wydały mi się całkiem ciekawe i sensowne. Skupię się natomiast na znacznie ogólniejszym zjawisku - nadpodaży towarów na targowisku idei i pomysłów, nie tylko zresztą pedagogicznych, oraz jej potencjalnych skutkach. Czego rzeczone kolorowanki są tylko dobrym symbolem.

Spyta ktoś, cóż może być szkodliwego w pojawianiu się coraz to nowych pomysłów? Wszak to przejaw ludzkiej kreatywności, bez której nie byłoby postępu. Trudno zaprzeczyć, ale jest jeszcze kwesta skali. Jedna nowatorska idea w ciągu miesiąca może skłaniać do refleksji i pobudzać do działania. Pięć takich idei każdego dnia…, to zaczyna być problem. A właściwie trzy problemy, na które zamierzam tutaj zwrócić uwagę: błędy w założeniu, nieoczekiwane skutki uboczne oraz zmęczenie materiału ludzkiego.

***

Jakiś czas temu w świecie korporacji ogromną popularność zyskała koncepcja pracy w tzw. open space, czyli współdzielonej przestrzeni, w której ludzie mogą łatwo zmieniać miejsca i komunikować się bezpośrednio, w mniejszych lub większych grupach, w zależności od doraźnych potrzeb. Ten pomysł szybko podchwycili zwolennicy odejścia od tradycyjnej organizacji pracy szkoły. Powstały adaptacje idei open space na potrzeby edukacyjne; niektóre nawet zrealizowane w praktyce, w postaci nowych obiektów szkolnych. Wystarczyło jednak kilka lat zbierania doświadczeń w korporacjach, by okazało się, że ten sposób pracy wcale niekoniecznie spełnia pokładane w nim nadzieje. Są już wyniki badań wskazujące, że we wspólnej przestrzeni ludzie, paradoksalnie, kontaktują się bezpośrednio nawet rzadziej, niż pracujący w osobnych pomieszczeniach. Szykuje się zatem odwrót od tej koncepcji. O tyle jednak, o ile łatwo jest szybko postawić ściany działowe w przestrzeni biurowej, o tyle trudniej przerobić nowatorski budynek szkolny na…, no właśnie, na co?

Powyższy przykład prezentuje błąd w założeniu pomysłu, która na tzw. logikę wydaje się atrakcyjny, a jednak może nie sprawdzać się w praktyce. Na rodzimym edukacyjnym podwórku spodziewam się podobnej sytuacji choćby w przypadku najnowszej listy lektur szkolnych, a konkretnie „Pana Tadeusza”. Rozliczne fragmenty tej perły polskiej twórczości romantycznej przewidziane są do „przerobienia” w klasach 4-6, a całość utworu w klasach 7-8. W założeniu zapewne tak intensywna ekspozycja owego dzieła ma zapewnić zaszczepienie w młodym pokoleniu umiłowania ojczyzny i piękna rodzimych krajobrazów, sielskiej wizji Żyda, pierwszego wśród cymbalistów, i tak dalej. Sądzę jednak, że w praktyce będzie jak z lodami waniliowymi, które spożyte w nadmiarze mogą przyprawić o niestrawność nawet największego ich wielbiciela. Zarówno wśród uczniów, jak nauczycieli.

Wprowadzając w życie nowe pomysły nie da się uniknąć tego typu błędów. Można jednak zmniejszyć ich prawdopodobieństwo. Sposoby wymyślono już dawno: badania naukowe, pilotaż, analiza zebranych doświadczeń. Do tego należy jeszcze dodać czas, niezbędny na myślenie i dyskusję. W przypadku kolorowanek rzecz oczywiście nie ma większego znaczenia, choć można by sobie wyobrazić naukowe badanie porównawcze rozwoju dzieci regularnie wypełniających kolorami rozmaite zarysy oraz tych, które rysują wyłącznie swobodnie. Tyle, że skórka niewarta wyprawki. Jednak w przypadku takich przedsięwzięć, jak reforma Zalewskiej, po prostu wypadało podejść do tematu w sposób profesjonalny, a nie polityczny. Żeby za pięć lat nie zdziwić się, jeśli absolwenci ośmioklasowej podstawówki okażą się jeszcze gorszymi studentami, niż tak obecnie krytykowani weterani gimnazjów. Albowiem prawdziwym źródłem problemu może okazać się – dlaczego by nie – wcale nie zła struktura zrujnowanego właśnie systemu, tylko, na przykład, powszechna testomania. Albo pierwsze zwiastuny wieszczonej już przeze mnie katastrofy mentalnej ludzkości. Albo coś innego.

***

Jeszcze więcej kłopotów mogą sprawić nieoczekiwane skutki uboczne podejmowanych działań. O co chodzi, wyjaśnię na przykładzie zaczerpniętym z literatury.

Jest taki zbiór opowiadań zapomnianego już nieco tytana gatunku science-fiction, Isaaca Asimova, pt. „Azazel”. Tytułowy bohater, to dwucentymetrowy demon rodem z innego świata, który na skutek przedziwnego zbiegu okoliczności regularnie materializuje się na Ziemi, by w cudowny sposób spełniać marzenia różnych ludzi. Marzenia subiektywnie wielkie, choć z drugiej strony całkiem przyziemne i najzupełniej zrozumiałe. Pośród (wątpliwych, jak się okaże) beneficjentów działalności wielkodusznego demona znajduje się, na przykład, młody i obiecujący koszykarz, któremu życzliwa przyjaciółka postanawia pomóc w karierze, prosząc Azazela, by sprawił, żeby każdy jego rzut trafiał do kosza. Nic prostszego, mała manipulacja czasoprzestrzenią, entropią i rachunkiem prawdopodobieństwa i… stało się. Drugi przykład, to bardzo rozrywkowe dziewczę trapiące się tym, że alkohol spożywany podczas imprez powoduje „urwanie się filmu” zbyt wcześnie, by w pełni skorzystać z uroków zabawy. W tym przypadku wystarcza niewielka manipulacja metabolizmem jej organizmu i dzięki Azazelowi panienka może alkoholizować się do woli, bez żadnych symptomów upojenia. Rewelacja!

A jednak w obu przypadkach (i wielu innych, opisanych w kolejnych opowiadaniach) ostateczny efekt nieoczekiwanie okazuje się dramatyczny. Koszykarz musi przerwać karierę, bowiem żaden zespół nie chce go zatrudnić. Dlaczego? Otóż nikt nie poinformował Azazela, że piłka, owszem, ma niezawodnie wpadać do kosza, ale tylko drużyny przeciwnej. Wpada więc do dowolnego, z losową zmiennością podobną do rzutu monetą. Załamany zawodnik musi porzucić swoje marzenia i podjąć pracę naukową na uczelni, którą wieńczy w końcu Nagroda Nobla. To, co prawda, tylko nędzna namiastka sukcesu, jakim byłaby kariera w NBA, ale jak się nie ma, co się lubi…

W przypadku amatorki długich zabaw nieoczekiwany efekt objawia się z pewnym opóźnieniem. Okazuje się, że dziewczyna nieubłaganie… przybiera na wadze, szczególnie po każdej większej imprezie. Ale skąd, u diabła, miał Azazel wiedzieć, że wyczarowane przez niego błyskawiczne metabolizowanie spożytego alkoholu w tłuszcz okaże się czymś więcej, niż tylko dobrym rozwiązaniem problemu? Kiedy żegnamy bohaterkę na kartach opowiadania, waży ona 150 kilogramów i daleka jest od szczęścia i chęci imprezowania. Mówiąc szczerze, myśli o samobójstwie.

Jedno i drugie opowiadanie przywodzi na myśl przysłowie o dobrych chęciach, którymi piekło jest wybrukowane. A przecież wszyscy, którzy popularyzują swoje pomysły, mają dobre chęci…

Co do tradycyjnych kolorowanek, to oczywiście potencjalne skutki uboczne wyrzucenia ich do kosza nie budzą zaniepokojenia. Choć obserwując młode pokolenie sądzę, że obecnie bardziej potrzebuje ono wyciszenia, niż kreatywności…

Sięgając do problemów poważniejszych warto zauważyć, że litania negatywnych następstw reformy Zalewskiej okazuje się dłuższa, niż przewidywali najwięksi nawet pesymiści, w tym niżej podpisany. Z ręką najgłębiej w naczyniu nocnym znaleźli się ci, którym wydawało się, że wystarczy zlikwidować gimnazja i potem będzie lepiej. Może kiedyś, ale że tu i teraz jest tylko gorzej, w najróżniejszych aspektach sprawy, na czele z kumulacją licealną, co już dokładnie wiadomo. I tylko najbardziej zaślepieni fanatycy „dobrej zmiany w edukacji” nadal twierdzą, że (kontr)rewolucja strukturalna w polskiej oświacie daje się obronić.

Wiele dobrych pomysłów i ich niekoniecznie pożądanych następstw mamy w dziedzinie wprowadzania nowych technologii w szkole. Kto zauważa, że dziennik elektroniczny, choć znakomicie usprawnia pedagogiczną biurokrację i ułatwia komunikację nauczycieli z rodzicami, zabija uczniowskie poczucie odpowiedzialności? Kto ze zwolenników smartfona jako okna na niezmierzony ocean wiedzy z ręką na sercu przysięgnie, że rozmaite negatywne zjawiska związane z użytkowaniem tego urządzenia przez młodych ludzi znajdują się obecnie pod pełną kontrolą dorosłych?

Pół biedy, jeśli jakąś nowinkę wprowadza na swoim poletku osoba, która poza entuzjazmem dysponuje wiedzą i… wyobraźnią. Ale bezrefleksyjne naśladownictwo budzi mój szczery niepokój. Sam zazwyczaj studzę entuzjazm osób, które chciałyby przenieść do swojej szkoły pomysły metodyczne funkcjonujące w STO na Bemowie. Choć wiem, że są sprawdzone, i mam podstawy, by uważać, że sensowne i skuteczne, obawiam się zawsze, że zaszczepione na innym gruncie mogą przynieść więcej szkody niż pożytku.

Generalnie, mam wiele uznania dla wszystkich, którzy próbują rozruszać szarą oświatową masę, ale jest też we mnie sporo niepokoju, bo uważam, że zmiana nie jest dobra z samej definicji. Czyli zmieniajcie, ale miejcie pomysł, jak ocenić efekty, żeby piłka nie leciała do losowo wybranego kosza.

***

Teraz o zmęczeniu materiału ludzkiego. Zacznijmy od tego, że podobno według badań naukowych przeciętny człowiek może mieć około 150 znajomych, oczywiście nie takich, jak na fejsbuku, ale w życiu realnym – ludzi, z którymi utrzymuje kontakt, regularnie spotyka się i ze wzajemnością orientuje w ich losach. Te półtorej setki możemy uznać za odpowiednik wszystkich mieszkańców jednej wsi. Tymczasem w dobie mediów społecznościowych znajomych mamy tysiące, wliczając do tej liczby celebrytów, których losy śledzimy po polubieniu ich profili. Utrzymujemy jakieś, często jednostronne relacje z ludźmi, o których niemal nic nie wiemy, a niejednokrotnie – nigdy nie widzieliśmy w świecie realnym i nigdy nie zobaczymy. Czasem olśniewa nas spostrzeżenie, że jakość relacji międzyludzkich się pogarsza. Ale czy może być inaczej, jeśli ten sam co kiedyś zasób swojego czasu i uwagi rozmieniamy na drobne, poświęcając mieszkańcom całej gminy?

Przenieśmy powyższe refleksje na sferę idei. Ile pomysłów może zaabsorbować jeden człowiek? Nie tylko usłyszeć o nich i zapamiętać (choćby nazwę), ale zastosować w praktyce. 150? Wolne żarty. Osobiście skłaniałbym się do kilku w dłuższym okresie czasu – oczywiście mam na myśli pomysły wymagające aktywnego dostosowania swojego postępowania. Czyli, na przykład, wyrzucenia z domu wszystkich kolorowanek i zaopatrzenia dziecka w zapas papieru, kolorowych kredek, oraz siebie w zapas cierpliwości, by skłonić je do koncentracji na ich twórczym wykorzystaniu.

Przyznam szczerze, że dla mnie samego to, co serwuje oświatowa codzienność, to już jest zbyt dużo: smartfony, multitablice, e-podręczniki, platformy edukacyjne, ocenianie (albo nie), zadawanie prac domowych (albo nie), zapobieganie niepowodzeniom szkolnym, wspieranie talentów, dziecięce depresje, rodzicielskie życzenia, nauczycielskie problemy etc. Na zaabsorbowanie idei kolorowanek i tysiąca innych, nawet najsłuszniejszych, w terminalu mojego mózgu nie ma mocy obliczeniowych. Materiał jest zmęczony. Jeśli kogoś dziwi, jak bardzo zachowawczy są nauczyciele, to w tym kryje się przynajmniej część tej tajemnicy. Owszem, w społeczności pedagogicznej jest sporo grup entuzjastów, wyznawców tego lub innego poglądu, tej lub innej nowinki. Rzadko przekłada się to na bardziej panoramiczne spojrzenie. Lepiej pozostać w strefie względnego komfortu (mowa oczywiście o aspekcie intelektualnym, a nie materialnym), niż wychodzić na zewnątrz, gdzie szczerzą kły tysiące nowych, fantastycznych pomysłów. W większości zresztą o sensowności do przyjęcia wyłącznie na wiarę.

Tę część rozważań dedykuję przede wszystkim zwolennikom zaorania dotychczasowej szkoły i stworzenia na jej miejscu nowej. Fajny pomysł, ale nie da się go wykonać przez sklejenie tysiąca najlepszych nawet idei. Dedykuję również tym, którzy gotowi są popaść w kompleksy, że tyle fantastycznych nowinek można wprowadzać dzisiaj w pracy nauczyciela, a im to jakoś nie wychodzi. Nowinki są ważne i w rozsądnej liczbie potrzebne, ale to, co decydowało, decyduje i najprawdopodobniej będzie w przyszłości decydować o jakości pracy nauczyciela, to sposób jego funkcjonowania w relacji z młodymi ludźmi – z rozumem, uważnością, zdrowym rozsądkiem, a przede wszystkim – z sercem.

Uważny czytelnik bloga może zarzucić mi, że w poprzednim wpisie zadeklarowałem potrzebę zmiany polskiej szkoły, a w tym, niekonsekwentnie, wygłaszam pochwałę konserwatyzmu. To pozorna sprzeczność. Szkoła musi zmienić się o tyle, by dostrzec zupełnie inne niż kiedyś potrzeby młodych ludzi. Ale zmierzenie się z tymi nowymi potrzebami wymaga czasu i rozwagi, a nie pogoni za coraz to nowymi pomysłami. Wymaga też, jak nigdy, konserwatywnych wartości: rozumu, uważności, zdrowego rozsądku i serca.

Co napisałem wyłącznie ku refleksji PT. Czytelników.

POSTSCRIPTUM:

Znowu wyszedł długi artykuł, tak jak wielokrotnie poprzednio. Szczególnie doceniam więc i bardzo dziękuję za rekomendacje, które czytam czasem w udostępnieniach moich publikacji, w rodzaju „długi ten tekst, ale warto go przeczytać” albo „poświęćcie te siedem minut, a nie pożałujecie”. Przy tej okazji pozwolę sobie zadeklarować, że piszę długie teksty, ponieważ moim celem nie jest wywołanie reakcji, ale refleksji. Jedno i drugie na „re”, ale to zupełnie coś innego. Macie, Drodzy Czytelnicy, w internecie nieprzebrane zasoby krótkich komunikatów, pisanych, by sprowokować Was do działania. Ja staram się prowokować do myślenia. Niestety, w krótkich, żołnierskich słowach nie umiem.
I dziękuję za cierpliwość.

 

Notka o autorze: Jarosław Pytlak jest dyrektorem Szkoły Podstawowej nr 24 STO na Bemowie w Warszawie oraz pomysłodawcą i wydawcą kwartalnika pedagogiczno-społecznego Wokół Szkoły. Działalnością pedagogiczną zajmuje się przez całe swoje dorosłe życie. Tekst ukazał się w blogu autora.