Ubezpiecz się, ociepl dom i nie pisz dla idiotów

fot. Fotolia.com

Narzędzia
Typografia
  • Smaller Small Medium Big Bigger
  • Default Helvetica Segoe Georgia Times

Nie tak dawno, na lekcji wychowawczej, zmierzyłem się z pojęciem politycznej poprawności. Nie chciałem, by moi uczniowie postrzegali ją w sposób prymitywny i jednowymiarowy, czyli tak, jak na ogół pojmuje ją większość, w imię której została utworzona.

Tak, nie przejęzyczyłem się, większość, bo choć sztandarowym celem, przyświecającym jej twórcom było chronienie mniejszości dyskryminowanych, to tak naprawdę ten dobrowolnie zakładany kaganiec służy głównie interesom intelektualnie niewydolnej większości, która nie jest już w stanie rozumieć jakiegokolwiek przekazu, a ma pretensje recenzować jego całokształt. Jednocześnie owa niekwestionowana większość nie godzi się z tym, że nie każda treść jest do niej adresowana. Bardzo mi przykro, ale moja „godzina do dyspozycji wychowawcy” zostałaby pewnie uznana za przeprowadzoną niepoprawnie politycznie, gdyż szczerości i mówienia prawdy w oczy nie uznaję za coś politycznie niepoprawnego i mam nadzieję, że wciąż jeszcze odróżniam(y) fakty od opinii, a opinie od inwektyw.

Po długiej i burzliwej dyskusji, dzwonek zastał nas wtedy przy wniosku, że czym innym jest ważenie słów i troska o prawa wszystkich uczestników dyskursu, a czym innym prewencyjna cenzura i unikanie tematów trudnych i drażliwych. Nieco wcześniej rozważaliśmy także sam sens dialogu podmiotów nie mogących się wzajemnie porozumieć ze względu na różnice językowe, kulturowe, światopoglądowe oraz intelektualne i – ciekawa rzecz – w przeciwieństwie do legionów wzburzonych „kontrowersjami” znanymi z mediów, 23 osoby z 29 uczestniczących w lekcji nastolatków były przekonane, że polityczna poprawność chroni przede wszystkim… głupców (Państwo wybaczą to niecenzuralne i słabo zdefiniowane określenie). Byłem tym nieco zaskoczony, bo w końcu politycznie poprawny, dominujący przekaz jest inny. No cóż, chciałbym wierzyć, że swojego widzenia zagadnienia uczniowie nie oparli o jeden jedyny przykład politycznie poprawnej nadgorliwości, jaki dorzuciłem do dyskusji, a ich przekonanie o konieczności dostosowania przedstawianych argumentów do zdolności percepcyjnych rozmówcy i kontekstu, a nie do jakiejś odgórnej regulacji, wynikło z ich własnych rozważań[1].

Gdyby ta lekcja odbywała się dzisiaj, pewnie nie oparłbym się podaniu jeszcze jednego przykładu – larum, podniesionego przez internetową, politycznie poprawną tłuszczę w sprawie wypowiedzi Olgi Tokarczuk, która ostatnio stwierdziła (innymi słowami), że jej książki nie są dla wszystkich i nigdy nawet nie miała zamiaru stać na półce w każdym domu, obok pięćdziesięcioletniej encyklopedii i Pana Tadeusza w twardej oprawie. Jak zwykle w takich przypadkach, odezwali się „urażeni” obrońcy prostego ludu (który, jak wiadomo, w Tokarczuk się zaczytuje), którym kontekst wypowiedzi jest obojętny, byle tylko mogli wypromować się na nazwisku, które cokolwiek znaczy.

Pominę tu fakt, że frazeologizm „trafić pod strzechy” znaczy tyle, co stać się popularnym i masowym, a nie być w użyciu przez ludzi mieszkających pod strzechami (przez „lewicowe aktywistki” utożsamianymi z ciemiężonym klasowo prymitywem) i skupię się na rzeczach podstawowych (choć, jak widać, dla „lewicowych aktywistek”, równie nieoczywistych). Po pierwsze, Oldze Tokarczuk wolno adresować swoje książki (wyobrażać sobie swojego czytelnika) w sposób dowolny. Po drugie (i najważniejsze), nikt nie ma obowiązku znać i rozumieć twórczość Olgi Tokarczuk, jak zresztą każdą inną. Jeśli dla Tokarczuk określona wrażliwość jest wyznacznikiem przynależności do tworzonego przez nią inteligenckiego klubu, to jest to zmartwienie jej i tego klubu ewentualnych członków, a nie tych, którzy nie zamierzają do członkostwa w nim aspirować i nie są nawet świadomi jego istnienia. Po trzecie, świadomość pisarki, że porusza kwestie niezrozumiałe i/lub nieinteresujące dla przeciętnego konsumenta popkultury jest realizmem, a nie klasizmem i zadufaniem – najwyraźniej, w przeciwieństwie do Mickiewicza, który fatalne tu strzechy wypromował, na przeciętnym konsumencie jej nie zależy i nie będzie się o niego bić, jak liczące każdy lajk celebrytki, lansujące się na politycznej poprawności. Po czwarte, każda sztuka (w tym literatura) jest do pewnego stopnia elitarna – ta dla wszystkich skończyła szybko i marnie, jak każda masówka. Po świecie chodzi zaś całe mnóstwo ludzi niezdolnych do percepcji dowolnego przekazu, wczuwania się w jego znaczenie, refleksji nad nim, nie mówiąc już o kompetencjach słownikowych, potrzebnych do odbioru literatury, teatru czy filmu. Fakt ten nie czyni z nich idiotów w nieaktualnym już sensie medycznym, ale nie jest zbrodnią nie widzieć w nich targetu swoich działań. Czy od Pendereckiego ktoś wymagał, by komponował dla publiczności disco polo? W takim klimacie, pocieszające jest (przynajmniej dla mnie), że, w dobie powszechnego zidiocenia, w której wszyscy zdają się być obrażeni wszystkim i bycie obrażonym robi za sedno ich egzystencji, dzieci w pierwszej klasie liceum zdają się rozumieć niuanse słowa „głupcy” (kilka dni temu, u Olgi Tokarczuk padło niefortunne „idioci”). Po piąte wreszcie, sugestia, że nie wszyscy umiejący czytać czytają, a nawet jeśli tak, to że nie rozumieją z automatu, co czytają nie wydaje się specjalnie obraźliwa[2] – równie dobrze trzeba by twierdzić, że polska szkoła obraża 100% swojego podmiotu, walcząc (nieskutecznie) o „czytanie ze zrozumieniem”.
Problemem, który polityczna poprawność (i każda inna cenzura) do pewnego stopnia rozwiązuje jest interpretacja słów i to nie tylko tych ogólnie uważanych za obraźliwe. Problemem, który polityczna poprawność rodzi jest nadinterpretacja każdego słowa w kierunku inwektywy. Coraz więcej słów staje się niebezpiecznymi, choć ich pierwotne znaczenie od inwektywy było dalekie. Ostrożność w doborze słów, choć ze wszech miar wskazana, powoli wyłącza z dyskursu pojęcia, które w politycznej potrzebie chwili wymagają redefinicji, zaś te już zdenominowane czeka dalszy recykling, bo czas ich emocjonalnej neutralności coraz bardziej się skraca. W rezultacie, uwaga uczestników dialogu koncentruje się na jego formie, a nie treści. Jeśli nie powoływać się na oczywiste skrajności, łatwo dostrzec niebezpieczeństwo miałkości i nijakości takiej formy porozumienia. Osobiście, w tej konkretnej sytuacji, od opinii Tokarczuk, potencjalnie obraźliwiej dla realnie nieistniejącej grupy jej czytelników (wątpię, by po jej książki sięgały osoby przypadkowe i niezależnie od swojego zdania o jej twórczości, całkowicie niezdolne do jej analizy), bardziej bulwersuje mnie i przeraża absolutne przekonanie niektórych o zrozumieniu czyichś intencji, własnej racji i moralnej wyższości, że o ewidentnym, medialnym oportunizmie nie wspomnę.

Kolejnym niebezpieczeństwem, wynikającym z poprawnego przeczulenia, jest świadome wykorzystywanie kontekstu nadrzędnego do deprecjacji osoby wypowiadającej się w kontekście węższym. Tutaj wystarczy przywołać dwie doskonale znane, anegdotyczne już wypowiedzi naszych premierów, Włodzimierza Cimoszewicza i Mateusza Morawieckiego, które dzieli czas, ale łączy stan zagrożenia okolicznościami zewnętrznymi. Obydwie zostały zmanipulowane, w celu wykazania arogancji władzy. Cimoszewiczowi przyprawiono gębę nieczułego na ludzką krzywdę, gdy mówił o zaletach ubezpieczania się od klęsk żywiołowych, Morawieckiemu zarzuca się to samo, gdy wskazuje, że sposobem na oszczędności w kryzysie jest właściwe przygotowanie domu na nadchodzący sezon grzewczy. Nikt nie jest w stanie wykazać braku racji i logiki w obydwu wypowiedziach, nikt nie pamięta (nie chce pamiętać) ich pełnego kontekstu, ale powszechnie wiadomo, że obrażono naród ciężko doświadczony przez los, osoby słabsze, ubogie i niesamodzielne. Ważnym jest więc to, jak chcemy i jak nam wygodnie interpretować czyjąś wypowiedź, a nie to, co ona faktycznie zawierała – jej sens merytoryczny przestaje mieć znaczenie i coraz mniejszej części populacji to przeszkadza. Kompetencja oddzielania emocji od przekazu zanika w zastraszającym tempie. Czy jeśli uważam aktualnego premiera za notorycznego kłamcę, oportunistę i manipulanta (akurat się zgadza), to jednocześnie ma mnie to czynić niezdolnym do zidentyfikowania kwestii, w której akurat powiedział prawdę?

Czy jednak w tendencyjnym postrzeganiu treści przekazu na pewno chodzi o polityczną poprawność, a nie polityczny koniunkturalizm? Konia z rzędem temu, kto potrafi te aspekty komunikacji rozdzielić – polityczna poprawność jest po prostu doskonałym narzędziem do uprawiania politycznego koniunkturalizmu. U każdej osoby publicznej można dopatrzeć się dowolnego uchybienia w stosunku do ogółu suwerena, akurat wygodnej mniejszości, czy powszechnie uznawanej za poprawną idei. I ten fakt jest dużo ważniejszy w ogólnym ujęciu niż medialne przepychanki lewicowych i prawicowych oszołomów na popkulturowym podwórku – polityczna poprawność jest istotnym elementem politycznej gry o rząd dusz, a w swojej skrajnej (coraz częściej obserwowanej) postaci przypomina swój totalitarny oryginał. Czy w przekazie szkolnym jest miejsce na taką narrację i czy komuś zależy, by młodzi ludzie, dbając o tolerancję we wszelkich relacjach, posiadali taką świadomość? Czy też, konformistycznie godząc się na dyktat niesygnowanej przez nikogo umowy społecznej, w jej najbardziej prymitywnej postaci, nie osiągamy rezultatów przeciwnych do zamierzonych? Nie można przecież nie zauważyć, że cedując na polityczną poprawność rozwiązywanie wszelkich dylematów komunikacji i interpretację jej wyników, pozbawiamy jej uczestników podstawowych cech i kompetencji, o które oświata powszechna podobno walczy: wrażliwości, dostrzegania niuansów, rozróżniania intencji, dokonywania wyborów, selekcji treści pod względem ich istotności i odróżniania własnych opinii od realiów. A w ten sposób nie budujemy nie tylko podejrzanych ostatnio elit, ale nawet bezklasowej przeciętności.

 

Notka o autorze: Robert Raczyński – anglista, tutor, nauczyciel chyba nie tylko angielskiego, ale z dystansem do misji, metodyki i nauczania masowego, dydaktyczny oportunista. Kiedyś uczył w śp. gimnazjum, dziś w liceum. Prowadzi blog Eduopticum, o oświacie, edukacji i ich funkcjonowaniu w kulturze.

Przypisy:

[1] Czuję się nieswojo, kiedy opinie nastolatków pokrywają się z poglądami ludzi trzy razy starszych. W takich sytuacjach, nauczyciel zawsze powinien mieć baczenie, na ile wnioski uczniów są ich własnymi, a na ile narzuconymi przez autorytet, chęć przypodobania się, instynkt stadny czy polityczną poprawność wreszcie. Narzucić swój ogląd rzeczywistości, choćby wykorzystując oportunizm odbiorcy, jest dość łatwo, a tego z całą pewnością chciałbym unikać.
[2] Ani specjalnie nowa – S. Lema także należałoby oskarżyć o klasizm.

 

Jesteśmy na facebooku

fb
Edunews.pl oferuje cotygodniowy, bezpłatny (zawsze) serwis wiadomości ze świata edukacji. Zapisz się:
captcha 
I agree with the Regulamin

Ostatnie komentarze

E-booki dla nauczycieli

Polecamy dwa e-booki dydaktyczne z serii Think!
Metoda Webquest - poradnik dla nauczycieli
Technologie są dla dzieci - e-poradnik dla nauczycieli wczesnoszkolnych z dziesiątkami podpowiedzi, jak używać technologii w klasie