Kiedy już opadną emocje...

Narzędzia
Typografia
  • Smaller Small Medium Big Bigger
  • Default Helvetica Segoe Georgia Times

Sejm odrzucił wniosek o referendum mylnie określane przez większość jako dotyczące sześciolatków. Nikt chyba nie spodziewał się, że edukacja może wywoływać tyle emocji... Szkoda, że wyłącznie negatywnych. Przez ostatnich kilkanaście miesięcy mieliśmy do czynienia przede wszystkim z negatywną propagandą instytucji polskiej szkoły, jako takiej, której celem jest przede wszystkim zaszkodzenie uczniom (bez wyjątków). Nadszedł teraz czas na ochłonięcie i zastanowienie się, co dalej.fot. Fotolia.com

Na początek uwaga: wcale nie jest tak, że decyzja Sejmu rozwiązała jakiś problem. Wręcz przeciwnie. Problem pozostał. Można go zarysować w różny sposób, bo jest to problem wielowymiarowy: wprowadzanie nieprzemyślanych reform do polskiej edukacji; nieudolność komunikacyjna rządu i lekceważenie społeczeństwa w debacie o rozwoju polskiej szkoły; lekceważenie głosu rodziców w szkole; wysoce prawopodobne nieprzygotowanie szkół do przyjęcia sześciolatków (posługuję się prawdopodobieństwem, ponieważ nie dokonano w Polsce poważnych i rzetelnych badań, czy szkoły są gotowe na uczniów 6.-letnich); zbyt małe inwestycje państwa w szkoły; błędne podejście do nauczania - testomania (wiara w siłę testów i urzędników i rodziców, co jest prawdopodobnie najpoważniejszym hamulcem rozwoju talentów uczniów); system klasowo-lekcyjny, który nie sprzyja uczeniu się; nadmierne obowiązki narzucane na nauczycieli NIE ZWIĄZANE z uczeniem; brak STRATEGICZNEGO podejścia do edukacji jako motoru rozwoju kraju, itp, itd. Wiele z tych spraw zostało zasygnalizowane w opracowaniu „Jakich pilnych zmian potrzebuje polska szkoła“ (patrz więcej w Edunews.pl), które można pobrać bezpłatnie z działu z publikacjami w serwisie Edustore.eu (w formacie EPUB lub PDF).

Podsumowując rezultat - póki co w reformowaniu polskiej szkoły WSZYSCY jesteśmy przegrani. I nie powinny zamydlać nikomu oczu wyniki PISA, jakimi chwali się MEN przy każdej nadarzającej się okazji, bo wyniki te odnoszą się tylko do obszarów, które były badane. A koń jaki jest każdy widzi (albo nie widzi również, gdy nie chce zobaczyć).

Marzę o tym, aby zobaczyć, że z całego tego zamieszania, CZEGOŚ WSZYSCY NAUCZYLIŚMY SIĘ. I politycy, i urzędnicy oświatowi, i dyrektorzy szkół, nauczyciele, rodzice, uczniowie, sympatycy i bierni obserwatorzy polskiej szkoły...

Inicjatorzy akcji „Ratuj maluchy“ wykonali dużą pracę zbierając materiały na temat setek szkół w całym kraju, w których COŚ szwankuje. Można polemizować, czy wszystkie przypadki są na tyle ważne, aby od razu wstrzymywać zmiany w szkołach, ale na pewno wiele z tych informacji należałoby teraz poddać głębokiej analizie (i to MEN powinien się tym zająć), ponieważ reforma była w wielu miejscach wprowadzana w takim pośpiechu i tak bezmyślnie, że można przyjąć, że warunki, w których uczą się pierwszoklasiści (lub będą się wkrótce uczyć w r. szk. 2013/2014) nie są ani zachwycające ani zadowalające i mogą być w niejednym przypadku uznane za szkodliwe dla ich rozwoju umysłowego i społecznego.

Najgorsze co MEN mógłby teraz zrobić, to wziąć wszystkie te zebrane dokumenty zwracające uwagę na nieprawidłowości i wyrzucić do kosza (przyjmując, że Sejm ZAŁATWIŁ SPRAWĘ)... Podobnie błędem byłoby uznanie przez MEN, że wszystkie szkoły (i nauczyciele) są już świetnie przygotowani do pracy z najmłodszymi uczniami (raczej nie jest to jeszcze prawda).

Mimo wszystko dobrze się stało, że Sejm odrzucił wniosek o referendum. Wbrew pozorom, przez taki zaproponowany zestaw pytań, nie byłoby to wcale referendum w sprawie sześciolatków. Odetchnąłem z ulgą, ponieważ nie tędy droga do zmian w polskiej szkole. W gruncie rzeczy wniosek zgłoszony przez Stowarzyszenie Rzecznik Praw Rodziców był groźną bombą, która mogłaby wysadzić w powietrze całą polską edukację, także z tymi WIELOMA dobrymi praktykami i rezultatami, które dzieją się w WIELU szkołach. Dla mnie zestaw pytań, które chciano zadać w referendum można byłoby zastąpić jednym: Czy jesteś za kolejną rewolucją w polskiej szkole? Rewolucje przynoszą wielkie zmiany, ale niekoniecznie wychodzi to na dobre społeczeństwu, czyli także i uczniom.

Szczególnie groźne było tu dla mnie pytanie o powrót do poprzedniego systemu, czyli 8.-letniej szkoły podstawowej i 4.-letniej średniej – uważam, że powrót do poprzedniego systemu byłby szkodliwy dla rozwoju edukacji i trzeba raczej pozostać przy obecnym, starając się ulepszać to, co mamy. Nie jest to pogląd niepopularny – podobnie uważa prof. Bogusław Śliwerski, przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych Polskiej Akademii Nauk, który był zdecydowanym przeciwnikiem wprowadzenia gimnazjów w Polsce: „(...) nie należy likwidować gimnazjów, ale skupić w nich uczniów na edukacji ogólnej, w nowych, bardziej elastycznych formach, w zakresie nauk humanistycznych, społecznych i matematyczno-przyrodniczych. Natomiast trzeba powołać obok ogólnokształcącego gimnazjum jeszcze jeden typ szkoły średniej I stopnia o charakterze techniczno-praktycznym (rzemieślniczym), prozawodowym, po którym będzie można kontynuować edukację w szkołach zasadniczych, technikach i dalej – w politechnikach czy akademiach technicznych. Jeśli tego nie uczynimy, a powrócilibyśmy do ośmioletniej szkoły podstawowej, to i tak trzeba będzie uruchamiać w dwóch ostatnich klasach cykl preorientacji zawodowej. Mechaniczna likwidacja gimnazjów i prosty powrót do stanu poprzedniego byłby jedynie kolejnym z politycznych happeningów. Nawet jeśli są ku tej likwidacji realne przesłanki.“ (Polityka, Precz z gimnazjami?, 27.08.2013). Trudno o celniejszą wypowiedź - tego właśnie politycznego happeningu i wielkiego chaosu boję się w szkole najbardziej.

Zaniepokoiło mnie też inne pytanie z niedoszłego referendum: „Czy jesteś za przywróceniem w liceach ogólnokształcących pełnego kursu historii oraz innych przedmiotów?“. Czuję w tym pytaniu ingerencję jednej z partii politycznych polskiej sceny i jestem głęboko przekonany, że „przywrócenie pełnych kursów...“ byłoby działaniem dokładnie W PRZECIWNYM KIERUNKU, w którym musimy podążać. Podstawa programowa nadal jest przeładowana w tym sensie, że nie pozostawia możliwości wyboru ani nauczycielowi ani uczniom tego, czego chcieliby się uczyć. Uważam, że podstawa programowa powinna być minimalistyczna, a co najmniej połowa godzin w programie nauczania powinna być pozostawiona do decyzji nauczycieli i UCZNIÓW, czego uczyć i jakimi metodami. To by mogło rzeczywiście uwolnić kreatywność nauczycieli i uczniów oraz przyczynić się do rzeczywistego rozwoju talentów, pobudzania przedsiębiorczości i innowacyjności.

Sytuacja, w której się znajdujemy nie sprzyja stabilnemu rozwojowi polskiej szkoły. Polaryzacja stanowisk jest zbyt duża i będzie to w przyszłości prowadzić do rzeczywistych konfliktów na poziomie lokalnym pomiędzy szkołą a rodzicami. Tego akurat nie potrzebujemy. Moim zdaniem rozwiązanie powinno być liberalne. Zgadzam się z głosami rodziców, ktorzy mówią, że wiedzą lepiej niż urzędnik z Alei Szucha, kiedy ich dziecko powinno pójść do szkoły. Sam jestem zwolennikiem posyłania MOICH dzieci do szkół już w wieku 6 lat, ale oczywiście nie jest i nigdy nie będzie tak, że każde dziecko w tym wieku będzie faktycznie przygotowane do tego obowiązku (odpowiedzialność za decyzję powinna spoczywać na rodzicach, chociaż należy im zapewnić dostęp do bezpłatnych badań psychologów, którzy pomogliby w podjęciu decyzji). Moim zdaniem próg wejścia powinien być mieszany – ustawy powinny określać, że istnieje obowiązek szkolny, ale raczej jako widełki: dziecko może pójść do szkoły w wieku 6 lat, natomiast musi rozpocząć edukację szkolną najpóźniej w wieku 7 lat.

W kontekście tej wielkiej debaty, którą odbyliśmy nie ma żadnych rzetelnych wyników badań, które uzasadniałyby konieczność posyłania dzieci do szkół w wieku 6 lat. To była i jest wyłącznie decyzja polityczna, stało się, trzeba coś z tym teraz zrobić. Podjęcie teraz decyzji politycznej o wprowadzeniu systemu mieszanego pozwoliłoby ustabilizować emocje wszystkich stron i przejść do konkretów, którymi powinny być RZECZYWISTE (a nie pozorowane) I GŁĘBOKIE ZMIANY W JAKOŚCI NAUCZANIA I UCZENIA SIĘ w polskiej szkole. Tak, problem niedopasowania polskiej edukacji do warunków XXI wieku istnieje i nie chodzi tu wyłącznie o dostarczenie odpowiedniej ilości technologii do szkół. To problem znacznie głębszy (patrz: Jakich pilnych zmian potrzebuje polska szkoła. Propozycje ekspertów).

Druga kwestia to przygotowanie szkół na przyjęcie 6.-latków. Sytuacja nie jest tu wcale dostatecznie dobra i przypadki opisywane przez rodziców w raporcie Stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców, podobnie jak te opisywane przez Najwyższą Izbę Kontroli, nie wzięły się z kosmosu. Spróbujmy skończyć z lekceważeniem tych głosów i przeznaczyć środki na udoskonalenie szkół w celu zapewnienia jak najlepszej JAKOŚCI edukacji najmłodszym uczniom.

Z badań wynika, że tylko ok. 15% sześciolatków poszło do szkół. To oznacza, że jeśli nic się nie zmieni, w roku szkolnym 2013/2014 nastąpi kumulacja sześciolatków w szkołach. Problemy, które już istnieją, będą jeszcze większe. Proponuje, aby MEN poszukało konstruktywnych rozwiązań problemów, które NAM (obywatelom) nawarzyło. Nikt nie lubi pić zepsutego piwa...

(Notka o autorze: Marcin Polak jest twórcą i redaktorem naczelnym Edunews.pl, zajmuje się edukacją i komunikacją społeczną, realizując projekty społeczne i komercyjne o zasięgu ogólnopolskim i międzynarodowym. Jest również członkiem grupy Superbelfrzy RP)

Jesteśmy na facebooku

fb

Ostatnie komentarze

E-booki dla nauczycieli

Polecamy dwa e-booki dydaktyczne z serii Think!
Metoda Webquest - poradnik dla nauczycieli
Technologie są dla dzieci - e-poradnik dla nauczycieli wczesnoszkolnych z dziesiątkami podpowiedzi, jak używać technologii w klasie