Te nieszczęsne prace domowe…

fot. Fotolia.com

Narzędzia
Typografia

Z górą dwadzieścia lat temu, podczas zebrania rodziców w naszej szkole, bodaj w klasie piątej, jedna z mam zgłosiła problem, że nauczyciele zadają zbyt wiele prac domowych. Kilka minut później pojawił się spóźniony jej mąż i nieświadomie podjął ten sam temat. Zapytał mianowicie, czy szkoła nie mogłaby zadawać więcej prac domowych, bo jego zdaniem uczniowie za mało się uczą.

Ujawniona wtedy sprzeczność oczekiwań dwojga rodziców doskonale pokazuje, jak subiektywna jest ocena procesu edukacji. Tak bowiem często zdarza się w życiu szkoły, że różni jego uczestnicy: uczniowie, nauczyciele, rodzice, mają swoje racje, odmienne lub wręcz sprzeczne, ale zarazem całkowicie zrozumiałe. W opisanym przypadku mama chłopca, któremu zdobywanie wiedzy przychodziło z trudem, obserwowała codziennie jego cierpienia i niechęć do nauki rosnącą podczas mozolnego odrabiania prac domowych. Z kolei ojciec widział przede wszystkim słabe oceny syna i był przekonany, że gdyby ten wkładał więcej wysiłku w naukę, wyniki byłby lepsze. Jedno dziecko, a dwie diagnozy i obie w jakiejś mierze uprawnione.

Przytaczam tę anegdotę by wskazać, że sprawa nadmiaru prac domowych, która wypłynęła ostatnio w debacie publicznej, nie jest nowa. Tyle, że w epoce internetu każdy problem, który przebija się do szerszej świadomości, gwałtownie nabrzmiewa i w myśl powszechnego oczekiwania musi natychmiast znaleźć rozwiązanie. Jeżeli rozum podpowiada, że to nie jest takie proste, albo wręcz jest po prostu niemożliwe – tym gorzej dla rozumu.

***

Na urzędowym forum temat nadmiernego obciążenia uczniów pracami domowymi objawił się w pełnym świetle w marcu 2017 roku, w wystąpieniu Rzecznika Praw Dziecka do Ministra Edukacji Narodowej. Rzecznik, powołując się na liczne skargi dzieci i rodziców, wskazał cały szereg niepokojących zjawisk, od przemęczenia młodych ludzi, aż po nieuzasadnioną ingerencję szkoły w życie prywatne rodzin. Odpowiedź adresata sprawiała wrażenie dobrotliwej perswazji, ubranej w kurtuazyjną formę. A mianowicie, że szkoła ma obowiązek określić miejsce prac domowych w wewnętrznym systemie oceniania, nauczyciel powinien poinformować uczniów i rodziców o swoich wymaganiach w tym zakresie, a w ogóle, to rodzice mają reprezentację w postaci Rady Rodziców do załatwiania takich spraw.

Pół roku później Rzecznik Praw Dziecka wystąpił po raz kolejny w tej samej sprawie. Również bez jakieś spektakularnej reakcji ministerstwa; tym razem jednak zagotowała się opinia publiczna. Trzeba to powiązać z wprowadzonym właśnie nowym ustrojem szkolnym, a szczególnie przywróceniem ośmioklasowej szkoły podstawowej. Przy tej okazji bowiem uczniów klasy siódmej uszczęśliwiono 34-godzinnnym wymiarem zajęć obowiązkowych tygodniowo, ich nauczycieli – uszczegółowioną do granic absurdu podstawą programową, a jednych i drugich – stresującą perspektywą rychłego egzaminu po klasie ósmej. W efekcie siódmoklasiści, i tak zmęczeni po 6-8 godzinach zajęć szkolnych, zostali przez nauczycieli jeszcze bardziej niż bywało wcześniej obciążeni pracami domowymi – w intencji „nadgonienia” programu nauczania, czy też zwiększenia szans na przyszłym egzaminie. To z kolei pociągnęło za sobą desperację wielu rodziców, bombardujących skargami Biuro Rzecznika Praw Dziecka.

Urzędowej korespondencji towarzyszyła wzmożona aktywność w mediach. Pojawiło się całe mnóstwo relacji o pracy dzieci w domach po kilka godzin dziennie, niedosypianiu, stresie i zniechęceniu do nauki. Jak można się domyśleć, rolę czarnego charakteru w tym przedstawieniu przydzielono nauczycielom. Po części słusznie, bo z pewnością mają oni wiele grzechów na sumieniu. Z drugiej strony, potępianie ich w czambuł za obecny stan rzeczy wydaje się niesprawiedliwe i nierozsądne. Niesprawiedliwe, ponieważ praca nauczyciela nie odbywa się w próżni, a wpływają na nią między innymi obowiązujące regulacje prawne oraz postawy uczniów i ich rodziców. Nierozsądne, ponieważ wbrew powszechnemu obecnie mniemaniu działanie w sposób rewolucyjny rzadko przynosi pożądane efekty, natomiast zawsze niesie ryzyko „wylania dziecka wraz z kąpielą”.

Łatwo jest krzyczeć „Zlikwidujmy!”, albo „Zreformujmy!”, szczególnie gdy kilkoma kliknięciami można w sieci znaleźć cały szereg ponoć genialnych, ale zazwyczaj zupełnie nie sprawdzonych pomysłów rozwiązania problemu. Dobrze jednak mieć świadomość, że za zadawaniem prac domowych stoi nie tylko przyzwyczajenie, ale także naukowo podbudowane zasady metodyki nauczania, których nie da się, ot tak, unieważnić. Oczywiście zarówno tradycja, jak metodyka mogą być – i zapewne w jakimś stopniu są – przestarzałe, a naukowo podbudować można dzisiaj wszystko. Ale wymyślenie alternatywy nie jest kwestią banalną. Nawet dla pojedynczego nauczyciela, a co dopiero w skali szkoły czy całego systemu. Szczególnie, że zdrowy rozsądek każe wziąć pod uwagę nie tylko kwestie prawne i organizacyjne, ale także choćby sposób funkcjonowania dzieci w epoce internetu, ich zróżnicowane uzdolnienia i aspiracje, czy nawet poglądy i ambicje rodziców.

Co nie znaczy, że nie można sytuacji poprawić z pożytkiem dla wszystkich zainteresowanych. Warto więc przeanalizować sprawę na spokojnie, poszukując możliwych rozwiązań, wychodzących naprzeciw rzeczywistym problemom, a zarazem mając wzgląd na obecne realia.

***

Czytelnik tego artykułu z pewnością odrabiał prace domowe. Ja również – i nie mam w związku z tym żadnych traumatycznych wspomnień, co więcej, sądzę, że w wielu przypadkach przyniosły one realny pożytek. Bo praca w domu może mieć kilka całkiem sensownych celów. Na przykład, powtórzenie i utrwalenie materiału poznanego podczas lekcji. Albo ćwiczenie, czego spektakularny przykład znajdujemy w szkołach muzycznych. Ich uczniowie godzinami grają w domach na swoich instrumentach i nikogo to nie dziwi, a tym bardziej nie bulwersuje. Wszyscy wiedzą, że bez tych ćwiczeń – a bywa to istna katorga – nie mają żadnej szansy osiągnięcia niezbędnej biegłości. Praca domowa jest również dobrym pomysłem na samodzielną aktywność twórczą, trudną lub wręcz niemożliwą w klasie, w otoczeniu innych uczniów. Może też służyć przygotowaniu się do kolejnych zajęć szkolnych, które dzięki temu będą bardziej efektywne. Jeżeli dorzucimy do tej listy jeszcze cel wychowawczy – wdrażanie ucznia do samodzielnego panowania nad swoimi obowiązkami, obraz pozytywów będzie w miarę kompletny.

Wobec powyższego nasuwają się dwa pytania. Dlaczego problem prac domowych w ogóle wypłynął i to z takim rezonansem społecznym? A jeśli już musiał wypłynąć, to dlaczego z taką ostrością dopiero dzisiaj, a nie dwadzieścia lat temu?

Odpowiedź jest prosta – dopiero ostatnio pojawiły się czynniki, które go wyzwoliły. A ściślej mówiąc, problem dojrzewał od dłuższego czasu, ale dopiero teraz osiągnął coś w rodzaju masy krytycznej, co spowodowało wybuch. Nie ma on zresztą jednej przyczyny, ale cały ich szereg, o bardzo różnorodnym charakterze.

Uczeń spędza dzisiaj w szkole więcej czasu, niż w latach mojej młodości. To nie jest duża różnica, ale te 3-4 godziny tygodniowo mają swoje znaczenie. Tym bardziej, że jeszcze około trzydziestu lat temu po powrocie do domu miało się do wyboru dwa kanały telewizyjne, podwórko, książkę, jakąś zabawę samemu lub z rówieśnikami i niewiele więcej. Zorganizowane zajęcia pozaszkolne należały do rzadkości, podobnie jak komputery na uczniowskich biurkach. Praca domowa była jedną z niewielu opcji spędzania czasu, nie zmuszoną do konkurowania z dziesiątkami innych.

Od czasu transformacji ustrojowej zakres możliwej pozaszkolnej aktywności dziecka wciąż wzrastał i dzisiaj jest już ogromny, nie tylko w dużych miastach. Znaczną rolę odgrywa przy tym większa zamożność społeczeństwa, a także przeświadczenie rodziców, że w dzieci trzeba „inwestować”, co w wersji popularnej oznacza po prostu zapewnienie im licznych zajęć. Symbol tego trendu stanowią szkoły niepubliczne, w których na życzenie i za pieniądze rodziców uczniowie nierzadko mają większy wymiar samych lekcji obowiązkowych, niż przewidziane w Kodeksie Pracy dla dorosłych(!) czterdzieści godzin tygodniowo.

Sytuację dramatycznie pogorszyło rozpowszechnienie urządzeń elektronicznych, a jeszcze bardziej rozwój internetu, w którym zostały one zakotwiczone. Za moich czasów można było ewentualnie odrabiać lekcje, podczytując ukradkiem książkę ukrytą w szufladzie. Teraz cała mnogość czynników rozpraszających uwagę jest w odległości jednego kliknięcia i nie ma takiego autorytetu i takiej siły, która by młodych ludzi powstrzymała od robienia przerw w pracy. Koncentracja uwagi na wykonywanej czynności jest więc znacznie mniejsza. Co prawda internet stał się dla uczniów wygodnym źródłem gotowych rozwiązań i pomysłów, co skraca czas niezbędny na wykonanie przeciętnego zadania, ale równocześnie dostarcza on nowych narzędzi, po które mogą sięgać nauczyciele, wymyślając kolejne zadania domowe.

Przedmiotów w szkole jest mniej więcej tyle samo, co kiedyś, ale już objętość serwowanej wiedzy dużo większa. Niestety, podstawę programową układają specjaliści dyscyplin naukowych. Mają oni zawsze ogromny problem z samoograniczeniem się w doborze treści nauczania, bo większość wydaje im się fundamentalna. A już coś takiego, jak nadanie całemu dokumentowi jednolitego i spójnego charakteru, od zawsze przekracza możliwości decydentów ministerialnych, niezależnie od reprezentowanej opcji politycznej. W efekcie z każdą kolejną podstawą nauczyciele stają przed zadaniem zmieszczenia większej dawki informacji w czasie, którym dysponują podczas lekcji, co jest zadaniem niewykonalnym. Przerzucają więc część pracy na uczniów, do domu. Czynią to zazwyczaj w najlepszej wierze i poczuciu odpowiedzialności, co wcale nie musi oznaczać, że rozumnie.

***

W tym miejscu dochodzimy do błędów, jakie popełniane są w szkole. Na pierwszym miejscu postawiłbym brak koordynacji. Do rzadkości należy sytuacja, że ktoś panuje nad ilością prac zadawanych do obowiązkowego wykonania w domu. W rezultacie uczniowie, szczególnie słabsi, muszą poświęcać długie godziny na wywiązywanie się z tego obowiązku. Za nieodrobienie pracy grozi zazwyczaj ocena niedostateczna. Trudno dziwić się rodzicom, którzy postawieni wobec karkołomnej alternatywy: zdrowie (psychiczne) dziecka lub uniknięcie negatywnej oceny, swoją bezsilną złość skupiają na nauczycielach. Niestety, ich emocje bywają uzasadnione.

W tym miejscu od razu narzuca się pomysł, by wprowadzić w szkole jakąś formę rejestrowania zadawanych prac. Będzie o tym mowa w dalszej części artykułu, tutaj zwrócę tylko uwagę na coś, co nazwałbym „szarą strefą” zadań domowych, czyli na obciążenia, które prawdopodobnie i tak nie trafiłyby dzisiaj do takiego rejestru. Otóż część nauczycieli uważa za oczywiste, że uczeń zawsze powinien w domu powtórzyć i utrwalić materiał z ostatniej lekcji. A zgodnie z zasadą „ufaj i kontroluj!” sprawdza to, zazwyczaj poprzez jakąś formę kartkówki. Może to być, na przykład, rutynowa „wejściówka”, nawet z jednym tylko pytaniem, albo niezapowiedziana, kilkuminutowa praca sprawdzająca z materiału kilku ostatnich lekcji. Wiele wewnątrzszkolnych systemów oceniania dopuszcza taką możliwość, wyłączając ją z limitowanej kategorii „pisemnych sprawdzianów”. Ale utrzymanie się w stanie permanentnej gotowości do takiej kontroli wymaga od ucznia stałego nakładu czasu i wysiłku, który nie powinien zostać pominięty przy koordynacji prac domowych. Czy jednak bierze się to pod uwagę? A w ogóle, czy nie prościej byłoby ograniczyć „kontroluj” na rzecz „ufaj”?! Tym bardziej, że „wejściówki” i niezapowiedziane kartkówki należą do epoki pedagogiki łupanej. Zwiększają stres, psują relacje, a ponieważ uczniowie i tak działają dzisiaj na granicy wydolności, nie stanowią żadnej motywacji do nauki.

Powszechnym błędem nauczycieli jest zadawanie prac nieprzemyślanych, zbędnych, nużących lub przerastających możliwości części uczniów. Oczywiście trudno o jednoznaczną ocenę każdego konkretnego zadania (ta zresztą zazwyczaj będzie różna ze strony nauczyciela i ze strony rodzica), ale kilka wyznaczników da się wskazać. Na przykład: wiele podobnych, monotonnych zadań do wypełnienia w zeszycie ćwiczeń. Perłą absurdu będzie polecenie zrobienia „wszystkich przykładów od strony 9 do 15”. Nikt mnie nie przekona, że zadając pracę w ten sposób można przekonująco wyjaśnić dzieciom jej sens. A brak świadomości celu od razu, na wstępie, obniża motywację. W tej samej kategorii mieszczą się też prace represyjne, anonsowane mniej więcej tak: – Ponieważ dzisiaj przeszkadzaliście mi w prowadzeniu lekcji, za karę w domu zrobicie to, czego nie zdążyliśmy w klasie. Również w tym przypadku przenosimy się do pedagogicznej prehistorii. Praca jako forma kary (reedukacji?), nauka, która niczego nie uczy i na dokładkę odpowiedzialność zbiorowa. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że arsenał środków perswazji jest we współczesnej szkole bardzo skromny, a poza tym zwykła złość podpowiada, by dać niesfornym uczniom nauczkę w nadziei, że poskutkuje ona na przyszłość, ale w istocie poza rozładowaniem napięcia emocjonalnego nauczyciel nie ma tu nic sensownego do ugrania. Tym bardziej, że strzał kieruje we własne kolano, bo zadaną pracę powinien sprawdzić. Jeżeli tego nie uczyni – popełni kolejny błąd.

Każda praca domowa powinna zostać sprawdzona. Nie chodzi tylko o odnotowanie jej wykonania albo braku, ale także o informację zwrotną dla ucznia. Jeżeli jej nie ma, całe zadanie jest bezcelowe, po prostu szkoda na nie czasu. Gdyby ta prosta prawda była powszechnie respektowana, obciążenie uczniów byłoby niewątpliwie mniejsze. Każdy nauczyciel dwa razy zastanowiłby się przed zadaniem pracy zbędnej, a wymagającej od niego wysiłku przy sprawdzaniu.

Celowo użyłem pojęcia informacji zwrotnej, a nie oceny. Nie każda praca, nawet obowiązkowa, musi być wykonana „na stopień”. Czasem wystarczy kontrola poprawności, kiedy indziej będzie to opinia, połączona ze wskazaniem jakichś istotniejszych mocnych punktów lub mankamentów, a w jeszcze innym przypadku dokładna analiza błędów, na przykład ortograficznych lub rachunkowych. Zakres, w jakim praca domowa zostaje sprawdzona i forma informacji zwrotnej powinny wynikać z podanego uczniowi wcześniej celu tego zadania. Niby proste, a dla niektórych nie do pojęcia.

***

Gdzie jeszcze kryją się przyczyny przeciążenia młodych ludzi obowiązkami związanymi z nauką, a szczególnie pracami domowymi? Paradoksalnie, także w domach. To rodzice wysyłają swoje dzieci na rozmaite zajęcia pozaszkolne i żalą się, że ich progenitura musi odrabiać zadania domowe wieczorami. To niektórzy z nich płacą za szkoły niepubliczne, fundujące uczniom lekcje obowiązkowe od godziny ósmej do siedemnastej, a przy tej okazji dwu- albo nawet trójjęzyczność. I buntują się wobec próby ograniczenia tego obłędu. Niejeden raz zetknąłem się też z sytuacją, w której rodzice zmuszali swoje dzieci do odrobienia pracy domowej, zadanej przez nauczyciela do dobrowolnego wykonania. Po prostu nie mieściło im się w głowie, że może zaistnieć taka dowolność, albo uznawali, że nic się dziecku nie stanie, jak popracuje trochę więcej. Wielokrotnie spotkałem również rodziców, którzy ze swoimi dziećmi „przerabiali na zapas” kolejne rozdziały z podręcznika, zanim w szkole odbyły się powiązane z nimi zajęcia. Listę rodzicielskich błędów dopełnia klasyka, którą w tym roku nasi czwartoklasiści zaprezentowali w krzywym zwierciadle podczas występu z okazji Święta Edukacji Narodowej:

– Kto zrobił twoją pracę domową, Jasiu? Mama, czy tata?
– Nie wiem, spałem.

Trzeba uczciwie przyznać, że w relacji ze szkołą rodzice są stroną zdecydowanie słabszą. Zarówno brak czasu i możliwości organizacyjnych, jak zwykła niechęć części nauczycieli do kontaktu powodują, że możliwości dogadywania się nawet w ważnych sprawach – a do takich zaliczam kwestię prac domowych – są bardzo ograniczone. Tymczasem problem przeciążenia uczniów może zostać rozwiązany lub chociaż – w obliczu narzuconych odgórnie regulacji prawnych – złagodzony jedynie pod warunkiem porozumienia rodziców i nauczycieli.

***

Szkoła jest instytucją o ogromnej bezwładności, z trudem zmieniającą kurs, a jeszcze bardziej opornie reagującą na rodzicielskie postulaty. To drugie niekoniecznie oznacza złą wolę dyrekcji czy nauczycieli; często wynika z ogromnego zróżnicowania postaw i oczekiwań samych rodziców. „Przyrodzony” szkole konserwatyzm rodzi jednak niebezpieczeństwo zlekceważenia, pominięcia rzeczywistych problemów godzących w najlepiej rozumiany interes uczniów. Tak właśnie może stać się w przypadku nadmiaru prac domowych.

Niezależnie od tego, jak powszechną i zwyczajną aktywnością szkolną było dla poprzednich pokoleń odrabianie zadań w domu i jak bardzo są one ważne z punktu widzenia metodyki nauczania, dla wielu współczesnych uczniów stanowią obciążenie ponad siły. Jest to skutek opisanych wyżej zmian zachodzących w życiu społecznym, z którymi samemu trudno mi się pogodzić, ale których wypieranie ze świadomości z pewnością niczego nie zmieni. Lepiej rozważyć konstruktywne możliwości postępowania.

Zacznijmy od rozwiązania radykalnego, które zyskało niejaki rozgłos, a polega – jeśli zaufać doniesieniom medialnym – na całkowitej rezygnacji z zadawania prac domowych. Taką właśnie decyzję, podjętą w Szkole Podstawowej nr 323 w Warszawie, wskazał nawet – jako przykład pozytywnego rozwiązania – w swoim pierwszym wystąpieniu do MEN Rzecznik Praw Dziecka.

Pytano mnie o opinię w tej sprawie. Cóż, trzeba kilka lat poczekać, by móc rzetelnie ocenić efekty. Niewątpliwą doraźną korzyścią, którą dostrzegam w tym posunięciu, jest bodziec do rozwoju dla grona pedagogicznego, wynikający z prestiżu związanego z czynieniem czegoś nowego, niespotykanego. Rzecz – całkiem poważnie – bezcenna. Natomiast jeśli chodzi o meritum, to biorąc pod uwagę wskazane wcześniej pozytywne funkcje prac domowych, nie zdecydowałbym się na ich całkowite wyrugowanie ze szkoły. No, chyba że po spełnieniu trzech warunków, chwilowo nieosiągalnych. Mam tu na myśli: zmniejszenie o połowę liczby lekcji obowiązkowych w tygodniowym planie zajęć, zastąpienie ich czasem aktywności indywidualnej i/lub grupowej uczniów pod opieką tutora, oraz zapewnienie im w szkole spokojnego miejsca do pracy, nie w ławkach ustawionych jedna obok drugiej, za to z możliwością swobodnego korzystania z różnych pomocy naukowych. Czysta fantastyka edukacyjna, prawda?

Co ciekawe, wspomniane działania w SP 323 wcale nie spotkały się, przynajmniej w internecie, ze szczególnym entuzjazmem. Oto jeden z licznych komentarzy, wcale nie odosobniony w swoim wydźwięku:

Eksperymenty na żywym organizmie, a co na to rodzice, gdy w dalszej edukacji się okaże, że dzieci nie potrafią zdawać egzaminów; problem polskiej szkoły polega na ględzeniu, wymyślaniu może nawet i ciekawych rzeczy, tyle tylko, że potem przychodzą egzaminy i wtedy nikt nie pyta czy ćwiczył testy, wypracowania i zadania z matematyki, ma je rozwiązać i już. Skoro w szkołach nakazuje się pracować metodą projektów, to dlaczego nie ma później tego odzwierciedlenia na egzaminach?! Poza tym tzw. edukatorzy proponują wspaniałe nowoczesne metody, tylko jak na warsztaty zgłasza się 30 osobowa grupa, to ją dzielą na 15, bo twierdzą, że to i tak już za dużo jak do tej czy tamtej metody pracy. A w szkole klasy sobie nie podzielisz, masz 30 albo i więcej i tylko 45 minut Ględzenie i tyle!

Drugie radykalne rozwiązanie, postulowane przez niektórych uczestników debaty publicznej, to zadawanie prac domowych wyłącznie dla chętnych uczniów. W domyśle, z profitem w postaci dobrych ocen lub innego typu nagród, bo sama satysfakcja, to w obecnych realiach szkolnych raczej zbyt mało. Ten pomysł niesie istotne niebezpieczeństwo. Jest moim zdaniem bardzo prawdopodobne, że dobrowolne prace będą wykonywać przede wszystkim uczniowie zdolniejsi, którym nauka przychodzi łatwiej. Następnie ci, którzy mają większe wsparcie/kontrolę w domu, wreszcie najbardziej pracowici. Nie przejmuję się zdolnymi a leniwymi, którzy zamiast wykonywania zadań otrzymanych od nauczyciela zapewne znajdą sobie ciekawsze zajęcia, natomiast obawiam się o uczniów słabych, którzy z różnych przyczyn nie będą w domu powtarzali, utrwalali i ćwiczyli materiału nauczania. A jest im to potrzebne i będzie potrzebne przynajmniej tak długo, aż spełnimy te same trzy warunki, które pozwoliłyby w ogóle zrezygnować z zadawania do domu. Czyli – ad Kalendas Graecas.

***

Jeszcze jeden pomysł, jaki napotkałem w internecie, to prace domowe obowiązkowe, ale bez sankcji w przypadku niewykonania. W razie braku takiej pracy, uczeń nie ponosiłby negatywnych konsekwencji, natomiast wymagana wiedza/umiejętności musiałyby zostać sprawdzone przez nauczyciela w inny sposób. Idea świetna, jeżeli liczebność klas udałoby się ograniczyć do kilku uczniów. W przeciwnym razie mało realna.

Oryginalne podejście do problemu zaproponowali działacze Fundacji Edu-klaster. Wskazali oni, że wystawianie oceny za brak pracy domowej jest (ich zdaniem) po prostu niezgodne z prawem. Na profilu fejsbukowym Fundacji został upowszechniony gotowy wzór stosownie umotywowanego podania w tej sprawie, jakie zainteresowani rodzice mogą skierować do rady pedagogicznej.

Przekora każe mi zwrócić uwagę, że samo wykonanie pracy domowej na zadany temat może być traktowane jako wymaganie edukacyjne, więc wystawienie negatywnej oceny za jej brak dałoby się pewnie jakoś obronić. Pytanie tylko, po co? Przecież trudno zaprzeczyć, że w rozumowaniu autorów tego pomysłu jest pewna racja. Uzasadniają zresztą swoją inicjatywę całym szeregiem argumentów, opublikowanych w tym samym miejscu. Wskazują m.in., że uczniowie próbujący uniknąć konsekwencji braku pracy domowej posuwają się czasem do kłamstw, czy ucieczek z zajęć, a zatem zachowań niepożądanych w szkole, którym warto zapobiegać. Stwierdzają też, że ważne jest „wytrącenie argumentu siły z rąk nauczycieli”, co mnie osobiście zmroziło, ale w świetle dużej liczby lajków i udostępnień dobitnie świadczy o powszechnym postrzeganiu szkoły jako ośrodka opresji. I nie oszukujmy się, że dzieje się tak bez powodu.

Jeżeli więc przyjmiemy (a powinniśmy), że problem jest, oraz że zgoda buduje, niezgoda rujnuje, musimy poszukać rozwiązań mniej radykalnych, za to możliwych do uzgodnienia i zaakceptowania przez nauczycieli i rodziców. Takich, które zachowają prace domowe ze względu na ich opisane wyżej walory, ale zarazem pozwolą ograniczyć zjawiska niepożądane, a może nawet przy tej okazji poszerzyć trochę zakres autonomii młodych ludzi, co wydaje mi się kierunkiem szczególnie godnym polecenia.

***

Najlepszą strategią działania wydaje się zebranie opinii i sugestii od przedstawicieli rodziców oraz uczniów, wypracowanie w łonie Rady Pedagogicznej propozycji konkretnych rozwiązań, a następnie poddanie ich konsultacji na forum Rady Szkoły (jeżeli ta nie została powołana, to Rady Rodziców i Samorządu Uczniowskiego). Przyjęte regulacje powinny znaleźć się w Wewnątrzszkolnym Systemie Oceniania, co nada im odpowiednio wysoką rangę. A to oznacza, że niezbędna jest także zmiana mentalna w gronie pedagogicznym.

Tymczasem na dobry początek warto zwrócić uwagę przede wszystkim na ilość zadawanych obowiązkowych prac domowych. Najlepszą metodą będzie jakaś forma ewidencjonowania. Tam, gdzie uczniowie większość zajęć odbywają w tej samej izbie lekcyjnej, wystarczy dekoracja na ścianie, na której poza datami warto wyróżnić w osobnych rubrykach prace związane z przygotowaniem pewnych wytworów (wypracowania, zadania matematyczne, prace artystyczne, notatki, referaty itp.) oraz zadania związane z przygotowaniem się do lekcji (lektury, zebranie określonych wiadomości, przygotowanie materiałów itp.). W przypadku klas wędrujących po szkole może to być karta w dzienniku, bądź specjalny zeszyt. Stosownych wpisów mogą dokonywać nauczyciele albo dyżurni uczniowie.

Jeżeli nauczyciele nie dadzą się namówić do rezygnacji z kontrolnych „wejściówek” lub niezapowiedzianych kartkówek (które określiłem powyżej mianem „szarej strefy” prac domowych), to przy bilansowaniu czasu niezbędnego na wykonanie zadań w domu proponuję w dniach poprzedzających lekcje tych przedmiotów ryczałtem uwzględnić dodatkowe 10 minut. Oczywiście na każdy przedmiot oddzielnie.

Do zaproponowanych tutaj działań można też wykorzystać możliwości dziennika elektronicznego, z tym że traci się wtedy okazję zaangażowania uczniów w całe przedsięwzięcie. A to cenne źródło świadomości i motywacji do pracy.

Kontrola i ewentualne działania korekcyjne w kwestii ilości zadawanych prac powinny być domeną wychowawcy klasy, najlepiej wspólnie z przedstawicielem uczniów. Nie zawadzi też nadzór ze strony dyrekcji, szczególnie pod kątem sensowności zadań. Ujmując rzecz żartobliwie, wojskowy styl działania – „kop od tego miejsca do szóstej wieczorem”, nie powinien raczej znajdować zastosowania w edukacji.

Kolejna propozycja, to nałożenie na nauczycieli obowiązku sprawdzania i opiniowania uczniowskich wytworów (wypracowań, zadań w ćwiczeniach, prac plastycznych itp.), wykonanych w ramach pracy domowej, choć niekoniecznie już wystawiania ocen.

Godne polecenia są zadania do dobrowolnego wykonania, jakkolwiek mogą one stać się przysłowiową „brzytwą w ręku małpy”. Trzeba mieć świadomość, że część dzieci podejmie je mimo zmęczenia, ze względów ambicjonalnych, z pilności, a najczęściej po prostu w nadziei na dobrą ocenę. Dlatego warto zachować umiar zarówno w zadawaniu, zachęcaniu dzieci do wykonania, jak i w… nagradzaniu.

Kilka wartych zarekomendowania rozwiązań wprowadzamy od lat w życie w STO na Bemowie. W klasach 4-6 uczniowie otrzymują tzw. karty wymagań, w których prace domowe podlegające ocenie są podane z wyprzedzeniem sięgającym nawet dwóch miesięcy. Mają ponadto prawo raz poprawiać każdy otrzymany stopień. W przypadku niewykonania danej pracy domowej w terminie otrzymują co prawda ocenę nzal. (niezaliczone), ale w ramach poprawy mogą uzyskać wyższą, a pierwotna ulega zatarciu.

Ci sami uczniowie dysponują tzw. „kartami przebaczenia”, z których mogą skorzystać w kilku awaryjnych przypadkach. Jedna z nich, to „Wybacz mi brak pracy domowej”, do wykorzystania na lekcji dowolnego przedmiotu. Z kolei w klasach gimnazjalnych funkcjonuje inne rozwiązanie, które dziedziczą obecnie najstarsze klasy zreformowanej podstawówki, a mianowicie tzw. „dzikie karty”. To nic innego, jak stosowane od lat w szkołach prawo ucznia do zgłoszenia nieprzygotowania do zajęć. W wersji tradycyjnej – w liczbie uzależnionej od decyzji nauczyciela (z własnej młodości pamiętam, że standardem stosowanym na większości przedmiotów były dwa razy w semestrze). W wersji STO na Bemowie uczeń dysponuje pulą takich kart do dowolnego wykorzystania, nawet w całości na lekcjach jednego nauczyciela. Na wniosek Samorządu Uczniowskiego od kilku lat jest też karta całodzienna.

***

Problem nadmiernego obciążenia uczniów nie jest jedynym zmartwieniem, z jakim dzisiaj muszą borykać się polskie szkoły. Jest jednak bardzo ważki, bo dotyka wszystkich aktorów szkolnego teatru i jako taki ma ogromny wpływ na panującą w nim atmosferę. Choćby dlatego warto zadać sobie trud i wypracować dobre rozwiązania. Czego życzę wszystkim zainteresowanym. A nauczycielom przy okazji, żeby poczuli w sobie moc pozwalającą pojąć i wprowadzać w życie (mimo biurokratycznych ograniczeń) prostą, zdroworozsądkową prawdę, że żadna „zrealizowana” podstawa programowa, żaden pomyślnie zdany egzamin zewnętrzny nie będzie decydował o jakości przyszłego, dorosłego życia ich uczniów. Daleko większe znaczenie ma dla tej perspektywy dobra atmosfera w szkole, w której spędzają lwią część dzieciństwa. To ona daje trudny do przecenienia kapitał na całe życie, ale jej brak może stać się balastem, z którego trudno się później uwolnić.

A poza tym, w miłej atmosferze przyjemniej jest chyba wykonywać niełatwą pracę nauczyciela, prawda?

 

Notka o autorze: Jarosław Pytlak jest dyrektorem Szkoły Podstawowej nr 24 STO na Bemowie w Warszawie oraz pomysłodawcą i wydawcą kwartalnika pedagogiczno-społecznego Wokół Szkoły. Działalnością pedagogiczną zajmuje się przez całe swoje dorosłe życie. Tekst ukazał się pierwotnie w blogu autora.

 

Jesteśmy na facebooku

fb

Ostatnie komentarze

E-booki dla nauczycieli

Polecamy dwa e-booki dydaktyczne z serii Think!
Metoda Webquest - poradnik dla nauczycieli
Technologie są dla dzieci - e-poradnik dla nauczycieli wczesnoszkolnych z dziesiątkami podpowiedzi, jak używać technologii w klasie