I śmieszno i straszno, czyli legislacja w wydaniu MEN

Typografia
  • Smaller Small Medium Big Bigger
  • Default Helvetica Segoe Georgia Times

Aktywność prawodawcza w zakresie oświaty stanowi przedziwną mieszankę stoickiego spokoju i dzikiego pośpiechu. Kiedy trzeba procedować projekt powiązania wynagrodzeń nauczycieli z jakimś wskaźnikiem gospodarczym, rzecz wymaga tak głębokiego namysłu, że zastyga po prostu w parlamencie, a zapewnienia polityków o priorytetowym traktowaniu tematu przypominają występ aktorów, maszerujących w miejscu na scenie przy wtórze głośnych okrzyków „A więc spieszmy się, spieszmy!”. Kiedy jednak komuś tam, na górze, zamarzy się nowa, świeżutka reforma edukacji, rok z niewielkim okładem doskonale wystarcza, by ją wymyśleć, zaprojektować, stworzyć obudowę prawną, przygotować środowisko do działania i ogłosić sukces. Jeśli w tym czasie nie zmieści się rzetelna debata społeczna albo uczciwy pilotaż, tym gorzej dla debaty i pilotażu.

Dychotomia panuje też w sprawach mniejszej wagi, rutynowych. Po stronie MEN jest zazwyczaj mnóstwo spokoju, który powoduje, że jeden czy drugi ważny dokument leżakuje sobie długie miesiące w legislacji. Kiedy jednak wychodzi w końcu na światło dzienne, dyrektorów, mających go wdrożyć od 1 września, ogarnia gorączkowy pośpiech. Jeszcze ciepłego przykładu dostarcza rozporządzenie o ramowych planach nauczania, które ogłoszono 31 lipca. Co najmniej cztery miesiące zbyt późno.

Dla niezorientowanych – jest to nowe wydanie aktu prawnego, na podstawie którego co roku, na przełomie marca i kwietnia(!), powstaje w szkole tzw. arkusz organizacyjny, opisujący m.in. organizację zajęć oraz wymiar zatrudnienia nauczycieli, z uwzględnieniem posiadanych przez nich kwalifikacji. Arkusz podlega opiniowaniu przez związki zawodowe i kuratorium, a następnie zostaje zatwierdzony przez organ prowadzący. Zgodnie z prawem cała procedura kończy się w maju. Ale…

Ale szkoła jest układem dynamicznym. Wiele naturalnych zmian, dotyczących następnego roku szkolnego, zachodzi pomiędzy czerwcem a wrześniem. Na przykład, zmniejsza się lub zwiększa liczba klas, w związku z odejściem lub przybyciem nowych uczniów. Trzeba przydzielić godziny wsparcia tym, którzy właśnie w tym czasie uzyskują orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego, albo wykreślić takie godziny, jeżeli okaże się, że dziecko, dotychczas korzystające ze wsparcia, niespodziewanie zmienia szkołę. Trzeba też uwzględnić nauczanie indywidualne, w przypadku pojawienia się nowego orzeczenia w tej sprawie. I tak dalej… Każda taka zmiana nie dotyczy krasnoludków, ale nauczycieli z krwi i kości, których planowane obowiązki należy dopasować do nowych okoliczności. No i dyrektora, rzeźbiącego w opornej materii. A ponieważ tego typu sytuacje zdarzają się bardzo często, przepisy przewidują dostosowanie do nich treści arkusza, w postaci tzw. aneksu, który także musi przejść procedurę zatwierdzania.

Konieczność aneksowania arkusza organizacyjnego szkoły może również wynikać z zachodzących w ostatniej chwili zmian prawnych. To już nie jest przyczyna naturalna, ale patologia działalności prawodawczej, niestety, powszechna w polskim systemie oświaty. Czego przykładem – wspomniane rozporządzenie, które powinno zostać przyjęte i opublikowane najpóźniej w lutym. O takim – co najmniej półrocznym wyprzedzeniu w stosunku do terminu wejścia zmian prawnych w życie, możemy tylko pomarzyć, chociaż powinno ono być elementarnym przejawem szacunku dla pracowników oświaty, oraz wyrazem troski o wysoką jakość ich pracy. Nie jest, a co gorsza, wszyscy tak przyzwyczaili się do opóźnień legislacyjnych, że traktuje się je niczym zjawisko atmosferyczne, a nie efekt nieudolności w zarządzaniu narodową edukacją.

Żeby dopełnić obrazu prawodawczej fuszerki MEN warto jeszcze wspomnieć, że na rozporządzenie o kwalifikacjach wymaganych od nauczycieli nowych przedmiotów: zajęć praktyczno-technicznych i edukacji zdrowotnej – zdrowia seksualnego, które na mocy nowego ramowego planu nauczania będą odbywać się w szkołach od 1 września, wciąż jeszcze czekamy…

Zapyta ktoś, jak to w ogóle działa, skoro rok w rok nowe przepisy pojawiają się w ostatniej chwili. Otóż można, na przykład, planować, opierając się na zapowiedziach MEN albo projektach rozporządzeń, które znane są wcześniej (choć nierzadko także one pojawiają się z opóźnieniem). Można tworzyć arkusz i przydziały na podstawie aktualnie obowiązujących przepisów, przygotowywać rozwiązania wariantowe, wyznaczać nauczycieli najbardziej prawdopodobnie spełniających przyszłe (sic!) wymagania. Z góry zakładając korektę w aneksie… Władza nie przejmuje się kłopotami generowanymi przez siebie dla dyrektorów, bo skoro i tak z reguły latem aneksują oni arkusze, to jeden powód mniej, jeden więcej, nie ma (dla władzy) żadnego znaczenia. Nie od dziś zresztą wiadomo, że praca kadry zarządzającej placówkami edukacyjnymi, przebiegająca z niezmienną monotonią pod hasłem „dyrektor zapewni”, „dyrektor zorganizuje”, jest tańsza od kartofli. A najlepsze z perspektywy ministerstwa jest to, że koniec końców, dyrektorzy zazwyczaj doprowadzają do lokalnego załatania większości dziur i zafastrygowania rozdarć w systemie, dzięki czemu wciąż pozostaje w mocy prastara mądrość ludowa, że „nigdy w oświacie nie było, żeby jakoś nie było”… A skoro tak, MEN może sobie pozwolić na jeszcze więcej ekstrawagancji Last Minute. I to bez żadnych obaw, bo nie istnieje organ nadzoru, który mógłby pociągnąć do odpowiedzialności nieudolnych legislatorów…

Oto więc w rozporządzeniu o ramowych planach nauczania, tym samym, o którego spóźnieniu była tutaj mowa, pojawia się kilka innych innowacji, nieobojętnych z punktu widzenia dyrektora szkoły.

Lekcje nowego przedmiotu, o budzącej moją nostalgię nazwie ZPT (zajęcia praktyczno-techniczne), mają być obligatoryjnie łączone w dwugodzinne bloki. Tak było już za moich czasów. Zarówno wtedy, jak i teraz – nie przewidziano na tym przedmiocie podziału dużej klasy na grupy, z którego to przywileju korzystają już od lat lekcje informatyki i języka obcego. Tyle tylko, że w moim pokoleniu można było spokojnie rozdać trzydziestce nastolatków piły, młotki i inne niebezpieczne narzędzia, z uzasadnioną wiarą, że zostaną użyte zgodnie ze sztuką, i tylko do wykonania zadanej pracy. Tymczasem współczesne młode pokolenie jest dużo mniej sprawne manualnie, a także mniej zdyscyplinowane – co w dużej grupie podnosi ryzyko urazu do kwadratu, nawet bez specjalnej złej woli poszczególnych uczniów.

Zblokowane mają być również dwie z trzech lekcji przyrody i dwie z pięciu lekcji polskiego, co może stanowić pewien problem, choć aplikacje układające plan lekcji zapewne sobie z tym poradzą. Gorzej będzie z organizacją tygodni projektowych…

***

W tym miejscu, Drogi Czytelniku, jeśli chciałbyś pozostać na gruncie poważnej analizy, powinieneś zakończyć lekturę, albo przejść od razu do konkluzji, która znajdzie się po kolejnych gwiazdkach. Resztę opiszę bowiem z przymrużeniem oka, nie dlatego, że sprawa jest śmieszna czy banalna, bo nie jest, ale dlatego, że ciężko analizować na poważnie sposób, w jaki odbywa się reformowanie edukacji. A ulubiona nowinka wiceministry Lubnauer – tydzień projektowy właśnie, który rozporządzenie narzuca szkołom także w aspekcie metodyki i organizacji, znakomicie ilustruje wyobrażenie obecnego kierownictwa MEN o nauczycielach, oraz sposób, w jaki się nimi zarządza.

Na „dzień dobry” trzeba będzie posłużyć się w szkole wyobraźnią, by wychowawca, szczęśliwie chwilowo tylko czwartej klasy, już we wrześniu poinformował „uczniów i ich rodziców o terminie realizacji w szkole tygodnia projektowego”. Zapewne po to, by swoista kontrola społeczna nie pozwoliła szkole wymigać się od nowego obowiązku albo żeby nagła zmiana tygodniowej rutyny nie wywołała u kogoś szoku. Oto bowiem dyrektor ustali „szczególny sposób realizacji zajęć edukacyjnych przewidzianych w tygodniowym rozkładzie zajęć, (…) obejmujący ich realizację przez 5 dni w tygodniu w danym roku szkolnym”. Żeby nie było jednak zbyt łatwo dopasować personel do potrzeb chwilowo jeszcze nieistniejącej koncepcji projektów, odejście od normalnych zajęć klasowo-lekcyjnych ma nie dotyczyć zajęć wychowania fizycznego, edukacji zdrowotnej – zdrowia seksualnego, religii lub etyki, rewalidacji dla uczniów niepełnosprawnych oraz zajęć z zakresu pomocy psychologiczno-pedagogicznej. Jak to rozwiązać organizacyjnie – jeden tylko „dyrektor zapewni”, „dyrektor zorganizuje” będzie musiał wiedzieć. W końcu po to właśnie ma autonomię, by wprowadzać w życie kolejne świetne pomysły, jakie rok w rok szykuje mu władza...

Od ponad trzydziestu lat układam w swojej szkole plany lekcji. I naprawdę długo musiałbym myśleć, żeby wpaść na coś równie mocno utrudniającego organizację, jak te wyjątki w tygodniu projektowym. Oczywiście nie licząc samego odgórnego narzucenia obowiązku zorganizowania projektów w jednym czasie dla wszystkich i to dokładnie na przeciąg pięciu dni…

Oprócz wskazówek metodycznych i organizacyjnych, w rozporządzeniu zawarto jeszcze instruktaż przeznaczony dla analfabetów pedagogicznych, albo ludzi, których poziom sprawczości, bez podanej na tacy stosownej podstawy prawnej, wynosi zero. Dowiadujemy się więc, że projekt składa się z czterech faz: 1) sformułowania lub wyboru tematu projektu edukacyjnego; 2) określenia celów projektu edukacyjnego; 3) zaplanowania i realizacji etapów projektu edukacyjnego; 4) publicznego przedstawienia rezultatów projektu. Że pierwsze trzy fazy można zrealizować z wyprzedzeniem, ale czwartej – już za żadne skarby. Czyli, na przykład, przeprowadzenie działań w ciągu zwariowanego tygodnia, a konsumpcja ich efektów rozłożona w późniejszym czasie – będzie w świetle rozporządzenia złamaniem przepisów. Dodatkowo zapisano, że w grupie projektowej mogą być uczniowie z tej samej klasy lub z różnych klas. Pewnie w obawie, że bez takiej podkładki dyrekcja nie wpadnie na to, że przemieszanie uczniów w grupach projektowych może być cenne dydaktycznie, albo uzna, że i to byłoby rażącym naruszeniem przepisów.

Skrępowanie szkół ciasnym gorsetem zaleceń dotyczących tygodnia projektowego nie spowoduje, że metoda projektowa stanie się popularna. Wręcz odwrotnie – zyska ona odium uciążliwego, biurokratycznego obowiązku. Na pewno tu i ówdzie uda się przeprowadzić ciekawe działania, ale nawet jeśli nie, można być pewnym, że powstanie stosowna dokumentacja, świadcząca, iż wszystko odbyło się zgodnie z przepisami. To wystarczy, bowiem w szkołach doskonale wiemy, że jeśli ktoś w ogóle zapragnie skontrolować, czy szkolny tydzień projektowy odbył się lege artis, to nie ruszy się w tym celu zza biurka, by spędzić 5 dni jako naoczny świadek, ale po prostu zażąda okazania stosownych kwitów…

***

Sposób wprowadzenia tygodnia projektowego stanowi doskonałą ilustrację, jak bardzo formalizuje się działalność szkół i w jak specyficzny sposób władza pojmuje autonomię nauczycieli. Lawirowanie w gąszczu przepisów, które pod pretekstem reformy szerokim frontem wkraczają w domenę metodyki, będzie nową sztuką, uprawianą przez kadrę zarządzającą oświatą. Zamiast inwestować w inwencję pedagogiczną i łagodzić napięcia, jakie boleśnie dają się odczuć w społecznościach oświatowych, mnoży się przepisy w przekonaniu, że tylko trzymani na ich uwięzi nauczyciele będą działać racjonalnie, czyli tak, jak wymyśliła sobie władza. Tymczasem...

Polska szkoła nie potrzebuje instrukcji metodycznych w rozporządzeniach! Potrzebuje stabilizacji, wyrażającej się, między innymi, co najmniej półrocznym wyprzedzeniem ogłoszenia zmian prawnych przed ich wejściem w życie. Potrzebuje dobrych, sprawdzonych w rzetelnym pilotażu rozwiązań, a nie broszurek propagandowych produkowanych przez Instytut Badań Edukacyjnych. Szczególnie tych emitowanych „za pięć dwunasta”, jak to się dzieje obecnie.

Polscy dyrektorzy nie potrzebują instrukcji metodycznych w rozporządzeniach! Potrzebują godnych warunków pracy dla nauczycieli, w tym także powstrzymania lawiny innowacji prawnych, spadających na placówki oświatowe w każdym roku szkolnym.

Polscy nauczyciele nie potrzebują instrukcji metodycznych w podstawach programowych! Potrzebują poprawy warunków materialnych i organizacyjnych, aby możliwa była najpierw spokojna praca, a zaraz potem realizacja różnych koncepcji programowych.

Niestety, doświadczenie podpowiada, że w przewidywalnej przyszłości żadna z powyższych potrzeb nie zostanie spełniona, i to niezależnie od opcji politycznej sprawującej władzę. Wciąż królować będą biurokratyczne pozory, których zachowanie pozostanie lejtmotywem codziennych działań w placówkach oświatowych, Librus zniesie i potwierdzi wszystko; udokumentuje każde działanie, nawet najbardziej absurdalne. Będą oczywiście w tym zakalcowym cieście rodzynki, bo nadal jeszcze są ludzie, którym się chce, i którzy pedagogiczny sens swojej pracy stawiają na pierwszym miejscu. Ale w skali całego systemu przez kolejne lata niezmiennie będziemy zastanawiać się, dlaczego w urzędach, jakimi stały się szkoły, jest tak wielu ludzi nieszczęśliwych...

Na zakończenie, jako ciekawostkę, zacytuję fragment uzasadnienia projektu tego wciąż brakującego rozporządzenia o kwalifikacjach nauczycieli:

Projektowane rozporządzenie zostało przygotowany w związku z koniecznością określenia kwalifikacji wymaganych od nauczycieli, którzy – od roku szkolnego 2026/2027 – będą nauczać nowych przedmiotów wprowadzanych do szkół, tj. przyrody, zajęć praktyczno-technicznych oraz edukacji zdrowotnej – zdrowia seksualnego.

Ponadto za zasadne uznano:

1) określenie kwalifikacji do nauczania przedmiotu edukacja obywatelska;

2) rozszerzenie katalogu kwalifikacji uprawniających do zajmowania stanowiska nauczyciela edukacji zdrowotnej;

Gdy piszę te słowa, do 1 września pozostało już tylko 26 dni, a przedmioty: edukacja obywatelska i edukacja zdrowotna funkcjonują w szkołach już od roku!

I śmieszno, i straszno...!

 

Notka o autorze: Jarosław Pytlak jest dyrektorem Szkoły Podstawowej nr 24 STO na Bemowie w Warszawie oraz pomysłodawcą i wydawcą kwartalnika pedagogiczno-społecznego Wokół Szkoły. Działalnością pedagogiczną zajmuje się przez całe swoje dorosłe życie. Tekst ukazał się w blogu autora.

Jesteśmy na facebooku

fb

Ostatnie komentarze

Gość napisał/a komentarz do Codzienność nauczyciela
Ppp: ta "zwykła, codzienna młocka" to jest podstawowa, najważniejsza osnowa życia szkoły w której ic...
Ppp napisał/a komentarz do Codzienność nauczyciela
Bardzo słuszna uwaga, tylko dotycząca także uczniów. Dlatego uwaga do rodziców: nie dopytujcie codzi...
Stanisław Czachorowski napisał/a komentarz do Cyfrowe wykluczenie w podróży
Zrobiono niby jeden wspólny dworzec PKP i PKS ale duża część busów odjeżdża z innego miejsca, ze sta...
Ppp napisał/a komentarz do Sprawczość w szkole - ale jak to sprawić?
Zacząć należy od tego, że nauczyciele muszą się pozbyć odzywek typu "tak/nie bo ja tak powiedziałem/...
Jan napisał/a komentarz do Cyfrowe wykluczenie w podróży
Ppp: Na szczęście w Płocku jest jeszcze kolej, bo np. w powiecie nowotarskim kilka lat temu też upad...
Ppp napisał/a komentarz do Cyfrowe wykluczenie w podróży
Ważny problem poruszyliście. Będąc analogowym podróżnikiem trzeba mieć spisane nie tylko "swoje" roz...
Najpierw ZMNIEJSZYĆ ILOŚĆ informacji zwrotnej, najlepiej o jakieś 90%. Jeśli uczeń wykonał zadanie d...
Jacek napisał/a komentarz do Prawo oświatowe - marne i wciąż w niedoczasie
Dobry artykuł oraz propozycje zmian. Nadmiar przepisów, gorączka legislacyjna utrudnia w kierowaniu...

E-booki dla nauczycieli

Polecamy dwa e-booki dydaktyczne z serii Think!
Metoda Webquest - poradnik dla nauczycieli
Technologie są dla dzieci - e-poradnik dla nauczycieli wczesnoszkolnych z dziesiątkami podpowiedzi, jak używać technologii w klasie