Blaski i cienie rywalizacji

fot. Fotolia.com

Narzędzia
Typografia

Nie będę ukrywał – mam alergię na konkursy. Wywołaną przesytem, bo w edukacji jest ich tyle, że trudno ogarnąć. Wśród tego mrowia najwyższą rangę mają imprezy kuratoryjne, a także pomniejsze, ale o zasięgu co najmniej powiatowym, dające laureatom i finalistom korzyści przy rekrutacji do szkół wyższego szczebla. Cały szereg kolejnych, to przedsięwzięcia komercyjne. Płaci się w nich zazwyczaj kilka złotych od głowy, w zamian za co uczniowie mogą sprawdzić się w konkurencji z rzeszą anonimowych przeciwników, zajmując, dajmy na to, fantastyczne ósme miejsce, przy dyskretnie przemilczanym fakcie, że siódme okupuje kilkudziesięcioosobowa grupa zdobywców jednego punktu więcej; podobnie jest z miejscem szóstym, piątym i pozostałymi. Stawkę uzupełniają niezliczone imprezy międzyszkolne, firmowe, klasowe, organizowane przez kogo się tylko da: od wielkich koncernów, poprzez władze samorządowe, instytucje kulturalne, organizacje społeczne, placówki oświatowe, po wychowawczynie ze świetlicy.

W powszechnym mniemaniu konkurs zdaje się być dobry na wszystko. Ja dla odmiany uważam, że istnieją cenniejsze wychowawczo formy organizacji życia społecznego i sposoby motywowania młodych ludzi do działania, niesłusznie zaniedbywane lub pomijane.

Konkursomania jest wyrazem ogromnej rangi nadawanej w szkole rywalizacji. Zjawisko to wynika z panującego ogólnie przeświadczenia, że życie samo w sobie jest swoistą formą współzawodnictwa, a zwycięstwo (powodzenie) może być udziałem tylko nielicznych, najlepszych. Ze swoim krytycznym dystansem do takiego poglądu czuję się w świecie edukacji niczym fryzjer w społeczności bezwłosych. Nie dość, że nie pasuję, to mam poczucie, że mało kto rozumie, o co mi właściwie chodzi. Bo w końcu cóż w tym złego – spyta ktoś, że dzieci sprawdzają się w rywalizacji z innymi?

Pomijając już odmienną wizję życia społecznego, mam w rzeczonej sprawie także konkretne złe doświadczenia. Na przykład wspomnienie dzielnicowego konkursu matematycznego, w którym brali udział między innymi trzecioklasiści z naszej szkoły. Etap finałowy zgromadził kilka dziesiątek uczniów, którzy wychodząc z sali gimnastycznej, gdzie rozwiązywali zadania, niemal bez wyjątku zalewali się łzami rozpaczy. Okazało się bowiem, że organizatorzy mocno przecenili możliwości małych matematyków. Wygrał geniusz, który, o ile dobrze pamiętam, uzyskał nieco ponad 40% punktów możliwych do zdobycia. Niby wszyscy mieli identyczne szanse, ale do dziś uważam, że fundowanie takiego przeżycia dziewięciolatkom było kompletnie pozbawione sensu. Zresztą, nawet gdyby zadania były lepiej dobrane, z całego grona i tak wyróżniono by tylko trójkę, może szóstkę zwycięzców. Resztę stanowiliby przegrani – podobnie jak w większości innych konkursów.

Mam też stosowne do tej kwestii wspomnienie z lat harcerskiej aktywności. Jak wiadomo, harcerstwo to gra. Słowo to można rozumieć bardzo dosłownie i w początkowych latach służby instruktorskiej jako oczywisty element programu letniego obozu czy codziennej działalności drużyny traktowałem współzawodnictwo między zastępami. Było tak do czasu, gdy zorientowałem się, że motywacja z tego wypływa mała, za to animozje rodzą się ogromne. Na poziomie hufca imprezy rozgrywające się między drużynami powodowały tyle emocji, że „harcerskie braterstwo” stawało się mało znaczącym frazesem. Mając tego świadomość od pewnego momentu przestałem w ogóle organizować jakiekolwiek formy formalnej rywalizacji wśród swoich harcerzy. Z czasem przyniosło to ciekawy efekt. Moja drużyna nigdy więcej nie wygrała jakiegokolwiek współzawodnictwa na imprezach hufcowych (co wcześniej czasem się zdarzało), ale równocześnie zyskała opinię niezwykle zgranej i spójnej wewnętrznie. Spajały ją więzy dobrego koleżeństwa, a nie solidarność budowana na rywalizacji z innymi. Z perspektywy czasu uważam, że była to bardzo dobra zmiana.

Alergia, do której przyznałem się na wstępie, czyni ze mnie przypadek ekstremalny. Nie cierpię konkursów i już. Rozum jednak nie do końca ulega emocjom i podpowiada, że rywalizacja ma też swoje zalety. Ba, sam biorę w niej udział bez żadnych oporów, startując w zawodach badmintona i często ponosząc w nich porażki, co wcale nie rujnuje mojego zamiłowania do tej dyscypliny. Mając świadomość własnej niekonsekwencji poprosiłem o wsparcie uczestników seminarium pedagogicznego kwartalnika „Wokół szkoły”, czego efektem było spotkanie poświęcone blaskom i cieniom rywalizacji. Wśród dyskutantów znaleźli się tradycyjnie przedstawiciele Społecznej Szkoły Podstawowej nr 35 STO w Legionowie, Społecznej Szkoły Podstawowej nr 100 STO w Warszawie, Prywatnej Szkoły Podstawowej Edulab w Starych Babicach oraz Zespołu Szkół STO na Bemowie. Dalsza część artykułu została zainspirowana rozważaniami, jakie miały miejsce w tym zacnym gronie.

***

Już na wstępie uzgodniliśmy, że rywalizacja leży w ludzkiej naturze, w sposób spontaniczny pojawiając się już w dziecięcej zabawie. Wyścigi, siłowanie się, gry zręcznościowe, ale również planszówki, czy gry karciane towarzyszyły młodym ludziom w zamierzchłych czasach mojego dzieciństwa i dawniej, czyniąc spędzanie czasu w grupie rówieśniczej tym bardziej atrakcyjnym. Dzisiaj okazji do takiej zabawy dzieci mają mniej, bowiem czujne oko dorosłych pilnie strzeże ich przed ryzykiem spontanicznej aktywności ruchowej, a i podwórka ostały się tylko wyjątkowo. Szczęśliwie pojawiły się gry elektroniczne i internet, dające namiastkę wolności, a przy okazji – możliwość sprawdzenia się w konfrontacji z innymi. Dziecięca rywalizacja jest bowiem naturalna i wręcz niezbędna dla dobrego funkcjonowania społecznego młodego człowieka. Problem zaczyna się, kiedy do akcji wchodzą dorośli.

Chyba niewiele osób uznałoby za zdrową sytuację w rodzinie, w której rodzice zachęcaliby dzieci do rywalizowania o swoje względy. Na przykład: „Jeśli będziesz mieć wyższą średnią niż brat, mamusia będzie cię kochać bardziej niż jego”. Absurd. Tymczasem w klasie szkolnej podobne zjawisko wydaje się normalne. Już Ananiasz był najlepszym uczniem w klasie książkowego Mikołajka i „pupilkiem naszej pani”. Ma on dzisiaj wielu następców, zajmujących czołowe miejsca w rankingach ogłaszanych na tablicach (realnych i wirtualnych) pod hasłem „Nasi najlepsi”. Co prawda skłanianie uczniów do rywalizacji w klasie i w szkole rzeczywiście motywuje niektórych do większego zaangażowania w naukę i może też uatrakcyjnić zajęcia, jednak z pewnością nie przyczynia się do budowania dobrego zespołu. Inna sprawa, że indywidualny sukces zazwyczaj stoi na czele rodzicielskiej i nauczycielskiej listy wartości nadrzędnych, więc jego możliwa cena, w postaci gorszej atmosfery w szkole, mało komu spędza sen z powiek.

O ile nauczyciele wykorzystują zazwyczaj rywalizację w sposób pragmatyczny, bo jest ona po prostu wygodna – łatwo się ją organizuje i znacznie łatwiej nią zarządzać aniżeli współpracą, o tyle rodzice częściej widzą w niej po prostu właściwe narzędzie wychowawcze w perspektywie przyszłego, dorosłego życia. Sami są świadkami rywalizacji w przedsiębiorstwach, w których pracują, w instytucjach naukowych, urzędach; często doświadczają jej w życiu na własnej skórze, więc w sposób naturalny pragną do niej jak najlepiej przygotować swoje dzieci. Nie bez znaczenia jest też kwestia dobrego samopoczucia i prestiżu. Czyż nie jest miło, gdy własna latorośl odnosi sukcesy?! Czyż nie jest przyjemnie pochwalić się tym przed znajomymi?! Oczywiście, że jest!

Podsumujmy: młodzi ludzie mają naturalną skłonność do rywalizacji. Dla nauczycieli jest ona wygodnym i prostym w użyciu narzędziem motywowania uczniów; a sukcesy podopiecznych przynoszą też pewien splendor pedagogiczny. Rodzice chcą przygotować dzieci do przyszłej walki o społeczny byt, a tu i teraz czerpią satysfakcję z odnoszonych przez nie sukcesów. Co więcej, rywalizacja naprawdę niektórych motywuje, służy rozwijaniu talentów, pomaga kreować elity, co zdaniem wielu jest wprost niezbędne dla społeczeństwa. Wszyscy zainteresowani są więc zadowoleni, społeczeństwo odnosi korzyści, czemu więc Pytlak zgłasza wątpliwości?!

Przede wszystkim dlatego, że jego, czyli moim zdaniem społeczeństwo nie powinno być aż tak bardzo zadowolone z opisanego stanu rzeczy. Elity są zapewne przydatne, wręcz wyłaniają się w sposób naturalny, czy tego chcemy czy nie, ale spójność społeczeństwa, istniejący w nim kapitał zaufania, w większym stopniu zależy od tego, jak ludzie współpracują, a nie od tego, czy potrafią wykazywać swoją wyższość nad innymi. Zauważmy, że jednym z czynników decydujących o harmonii życia społecznego jest przestrzeganie prawa. To kategoria, która nie daje się stopniować. Albo ktoś jest uczciwy albo nie. Natomiast umiejętne omijanie prawa, a czasem nawet jego łamanie jest opcją bardzo kuszącą, bo może dać konkretną przewagę w rywalizacji. Spotykamy to także w szkole. Wspomniany już Mikołajek bardzo był rozżalony na swojego tatę, że ten za mało postarał się przy rozwiązywaniu domowego zadania z matematyki, przez co chłopiec był zaledwie dwunasty w klasie! A i w realnym życiu często miewamy w szkole dylemat, jak ocenić samodzielną z definicji pracę domową dziecka, która nosi wyraźne ślady ingerencji rodziców.

Rywalizacja może służyć rozwijaniu talentów, ale może również talenty zabijać, bowiem nie każde dziecko ponosząc porażkę będzie skłonne zacisnąć zęby i pracować, zachowując wiarę w przyszłe sukcesy. Często też pozostawia na aucie słabszych (intelektualnie, emocjonalnie, fizycznie). Oczywiście teoretycznie każdy może znaleźć dziedzinę, w której zabłyśnie, jednak trzeba naprawdę dużej wiary w siebie, żeby jej poszukać; a porażki, szczególnie na wczesnym etapie szkolnej kariery, są w stanie tę wiarę skutecznie podkopać.

Oczywiście ostatni argument będzie miał mniejszą wagę, jeżeli przyjmiemy, że uważni nauczyciele mogą świadomie poszukiwać i podsuwać dziecku dziedziny rywalizacji, w którym ma ono szansę na sukces, a ten – raz osiągnięty – uskrzydli je do dalszych działań. Ale i tutaj widzę pewną rafę. Jest nią odczuwalny deficyt uważnych nauczycieli, co wynika nie tylko z osobistych braków wykształcenia i świadomości pedagogicznej, ale również z cech całego systemu, narzucającego duży „przerób” – liczne klasy, napięte programy nauczania, wymogi formalne związane z ocenianiem, etc. – a przez to pozostawiającego niewiele czasu na „uważność”. Na drugim biegunie istnieje z kolei ryzyko budowania u dzieci nieadekwatnego poczucia własnej wartości. Obserwatorzy życia społecznego zwracają uwagę, że w pokoleniu dzisiejszych dwudziesto- i trzydziestolatków obserwuje się nadmiernie dobre samopoczucie w tej kwestii. Często idzie ono w parze z roszczeniowością wobec otoczenia, nie potrafiącego w ich własnym mniemaniu poznać się na tak wspaniałych indywidualnościach.

Osobnym aspektem problemu jest rywalizacja między szkołami. Toczy się ona zazwyczaj w dziedzinie najłatwiejszej do oceny, czyli w wynikach nauczania, mierzonych miejscem w rankingach. Prowadzi to czasem do istnego „orania” w uczniów – powszechnego szczególnie na poziomie licealnym, gdzie albo jest się naprawdę świetnym, albo wspomaga się korepetycjami, albo… zmienia szkołę na „gorszą” (co bywa błogosławieństwem dla delikwenta, ale zawsze jednak pozostawia gorycz porażki). Niestety, trudno o realną alternatywę dla rankingów, choć gdybym miał ją wskazać, zaproponowałbym oryginalność. Wyróżniać się perfekcyjnym robieniem tego, co wszyscy – to niezły wybór dla szkoły. Ale wyróżniać się pedagogicznym pomysłem, oryginalnością – to jest dopiero maestria!

A wracając do kwestii konkursów – alternatywą dla nich może być stworzenie uczniom w szkole możliwości rywalizowania z samymi sobą. Czyli doskonalenia się, pokonywania barier bez konieczności okazywania wyższości nad innymi. Mogą temu służyć na przykład szkolne odznaki sprawnościowe, zdobywane po spełnieniu określonych wymagań. Da się je wymyślić w każdej placówce – doskonałego wzorca dostarczają harcerskie sprawności; można też skorzystać z gotowego systemu zewnętrznego. W dziedzinie krajoznawstwa oferuje taki PTTK ze swoim ogromnym wyborem rozmaitych odznak turystycznych.

Zamiast konkursów nastawionych na wyłonienie zwycięzców, można organizować przeglądy, pokazy, prezentacje, w których celem biorących udział jest dzielenie się swoim dorobkiem z innymi. W naszej szkole dobrze sprawdzają się w klasach młodszych tzw. dni eksperta, podczas których uczniowie prezentują swoją wiedzę lub umiejętności w wybranej przez siebie dziedzinie. Odpowiednikiem tego w klasach gimnazjalnych są prezentacje z cyklu „Moje pasje”. Niekiedy poziom fachowości naszych nastolatków budzi naprawdę szczery podziw.

I wreszcie moja ulubiona forma pracy – „Wielki projekt”, czyli wspólne dzieło, angażujące dużą grupę osób, niekoniecznie samych uczniów; mile widziani są również nauczyciele i rodzice. W naszej szkole jednym z takich projektów jest przygotowywanie przewodnika po najciekawszych przyrodniczo miejscach w Polsce, pod roboczym tytułem „Nowe Skarby Natury” („stare” skarby znajdują się w kupionej dziesięć lat temu książce pt.: „100 cudów natury w Polsce”, którą przyjęliśmy za pierwowzór). Chcemy wytypować co najmniej dwie setki nowych miejsc i przygotować przewodnik, z którym rodziny naszych uczniów będą mogły podróżować po kraju, poznając jego najpiękniejsze zakątki. Każdy może wziąć udział w tym projekcie, przygotowując stronę poświęconą wybranemu obiektowi. Gotowych stron mamy obecnie około stu trzydziestu, a ich autorami są jak dotąd uczniowie starszych klas podstawówki, gimnazjaliści oraz nauczyciele. Po już gotowych stronach widać, że będzie to naprawdę super-książka!

Tym, co bardzo sobie cenią konkursy proponuję promowanie takich, które dotyczą oryginalnych dziedzin. Czyli – nie mnożyć tego typu imprez matematycznych albo historycznych, ale organizować na przykład: mitologiczne, ogrodnicze albo kulinarne – słowem, oparte na tematyce skłaniającej do zainteresowania się jakąś nietypową, mniej szkolną dziedziną wiedzy.

A na koniec osobista refleksja pod adresem zdeklarowanych zwolenników rywalizacji. Moje dwie córki dobrze znajdują się w życiu zawodowym – obie pracują w wyuczonych specjalnościach, w firmach, w których dobrze sobie radzą. Ku mojej ojcowskiej satysfakcji, opowiadając o wyzwaniach, jakie przed nimi stają w pracy, nie wskazują ludzi, którzy stanowią przeszkodę, ale problemy, które starają się rozwiązać. Uznaję to za świadectwo ich umiejętności współpracy w zespole. I myślę, że paradoksalnie, nie nastawione w szkole ani w domu na rywalizację, uzyskały umiejętność dającą im… przewagę konkurencyjną na rynku pracy. Co dedykuję wszystkim, którzy są przekonani, że powodzenie życiowe ich dzieci będą musiały wyszarpywać pazurami.

 

Notka o autorze: Jarosław Pytlak jest dyrektorem Szkoły Podstawowej nr 24 STO na Bemowie w Warszawie oraz pomysłodawcą i wydawcą kwartalnika pedagogiczno-społecznego Wokół Szkoły. Działalnością pedagogiczną zajmuje się przez całe swoje dorosłe życie. Tekst ukazał się w blogu autora; opublikowany pierwotnie w nr 3/2016 "Wokół szkoły".

 

Jesteśmy na facebooku

fb

Ostatnie komentarze

  • Written by Robert Raczynski
    " Chcę jedynie, aby z URZĘDU każda szkoła mogła przejść na ten system bez skomplikowanej, długotrwał...
  • Written by Robert Raczyński
    "Wielu ludziom myli się wykorzystanie elementów pracy projektowej w trakcie lekcji z projektem." - B...
  • Written by Piotr
    Ale ja przecież już opisywałem wiele razy koncepcję urynkowienia obszaru EGZEKUTYWY edukacji, pozost...
  • Written by Robert Raczyński
    Niestety, istnieją także dziedziny inne, niż nauczanie języków, które sam reprezentuję. Sami rzekomo...
  • Written by Robert Raczyński
    Niestety, nic na tym świecie nie jest zero-jedynkowe. Wspaniałe i proste rozwiązania istnieją tylko ...

E-booki dla nauczycieli

Polecamy dwa e-booki dydaktyczne z serii Think!
Metoda Webquest - poradnik dla nauczycieli
Technologie są dla dzieci - e-poradnik dla nauczycieli wczesnoszkolnych z dziesiątkami podpowiedzi, jak używać technologii w klasie