Czasem w szkole pojawi się nawet młody nauczyciel, który chce uczyć... Co się z nim dzieje? Zależy, gdzie trafi (do jakiego zespołu), jak bardzo mu się chce, jak bardzo potrzebuje wsparcia lub przeciwnie - robi swoje i nic nie potrzebuje. Ale także - czy koledzy i koleżanki faktycznie okażą pomoc. Nie tak dawno w wynikach TALIS 2024 pojawiło się takie zdanie: "co trzeci nauczyciel w wieku do 30 lat powiedział, że nie planuje pracować w zawodzie nauczyciela dłużej niż pięć lat". Czy potrafimy ich zatrzymać w szkołach na dłużej?
Młoda nauczycielka napisała do redakcji Edunews.pl tekst, w którym opowiada o różnych sytuacjach, z którymi zetknęła się w swojej szkole:
Na nagłówki gazet coraz częściej trafiają informacje o tym, że średnia wieku nauczyciela w Polsce wynosi prawie 50 lat. Głośno mówi się o nadchodzącym kryzysie oświaty, łataniu braków kadrowych emerytami oraz o tym, że nauczyciel poniżej trzydziestki to gatunek zagrożony wyginięciem. I nie jest to wcale wyolbrzymienie, jedynie 4% pracowników dydaktycznych to osoby przed 30 urodzinami.
Szukając genezy tego zjawiska można trafić w Internecie na wyjaśnienia dosyć oczywiste: niski prestiż zawodu, słabe zarobki (zwłaszcza w pierwszych latach pracy), roszczeniowych rodziców, pracę stanowczo powyżej planowanych godzin pracy. Zawód nauczyciela Internauci rozłożyli przecież już dawno na czynniki pierwsze. Ciekawszym źródłem informacji są natomiast Ci, którzy gatunek zagrożony obserwują na co dzień. Cytując pewne nauczycielki, które wiek emerytalny mają już za pasem, tym młodym to się w ogóle nie chce. Ale czy tak faktycznie jest? Jako nauczycielka z krótkim stażem, która trafiła do szkoły od razu po studiach chciałabym zwrócić uwagę na to co naprawdę zabija nas świeżo upieczonych nauczycieli.
Sytuacja #1 - miała miejsce już jakiś czas temu i była też pierwszą przez którą poczułam się jakbym robiła coś źle. Szkolny apel, obserwuje uczniów razem ze zdecydowanie bardziej doświadczoną nauczycielką. Podchodzi do mnie dziewczynka z młodszych klas, bardzo uprzejma i sympatyczna, wita się i pyta, czy „przybiję jej piątkę”. Ręka mi przecież nie odpadnie, a uczennica otrzyma pozytywne wzmocnienie, więc się zgadzam. Pytanie pada następnie w stronę drugiej nauczycielki, najpierw zapada cisza. A potem w stronę bardziej moją niż uczennicy rozchodzi się odpowiedź „Nie jestem Twoją koleżanką”.
Sytuacja #2 - rozegrała się w przejściu do gabinetu dyrekcji. Uczeń ma przyznane nauczanie indywidualne w domu. Normalna sprawa, z tą różnicą, że pieszo ze szkoły do jego domu idzie się zdecydowanie dłużej niż trwa przerwa, podczas, której mam się tam przetransportować. Nie mam samochodu, a muszę jeszcze w tym czasie zamknąć klasę, ubrać się i opuścić budynek.
Dodam, że oczywiście przed i po lekcji domowej muszę być obecna na zajęciach w szkole. W poszukiwaniu rozwiązania idę do Pani Dyrektor. Z moim problemem nie docieram nawet do docelowego pomieszczenia. Pan Dyrektor razem z Panią Wicedyrektor wysłuchują mnie w przejściu zaraz obok biurka kadrowej i sekretarki. Od jednej słyszę „Jak Pani pójdzie szybko to Pani zdąży” od drugiej „Młodzi to są teraz wygodni, trochę ruchu Ci nie zaszkodzi”.
Sytuacja #3 - zostałam wywołana do tablicy podczas omawiania proponowanego zachowania dla jednego z uczniów. Zazwyczaj, nauczona wcześniejszymi sytuacjami, staram się unikać wypowiadania się przed całym gronem pedagogicznym. Ale wątpliwości wychowawcy musiały zostać rozwiane, a autorem pochwał w dzienniku byłam ja. Oczywiście wypowiadam się na korzyść delikwenta, podaję w mojej opinii odpowiednie i bardzo rzeczowe argumenty, które zostały podsumowane przez jednego z nauczycieli (również zdecydowanie bardziej doświadczonego) „No przecież wiadomo, że X to się w Pani zakochał”. Ja milknę, a Pan dyrektor podchwytując ten niskich lotów żart odpowiada „Pani *******, X to taki przystojny i fajny chłopak”.
Sytuacja #4, w tym artykule ostatnia, ale zdecydowanie nie wyczerpująca tego co mogłabym jeszcze przedstawić. Zaczęło się całkiem miło, szanowne koleżanki (oczywiście wszystkie ze stażem równym mojemu istnieniu na tym świecie) zaprosiły mnie do rozmowy na korytarzu. Rozmowa niepozorna, dotycząca kolejek u lekarza. Niestety szybko przybrała niekorzystny obrót, od kolejkowania przeszliśmy do wieku lekarzy w naszym ośrodku, więc intuicyjnie zamilkłam. A potem jak cios w brzuch padło „Bo niby co może wiedzieć taka osoba po studiach”. Słowa dotarły z ust koleżanki do jej uszu i nastąpił moment realizacji i pośpieszne przeprosiny.
Celowo pominięte zostały wszelkie imiona, a pewne szczegóły zmienione, nie chodzi mi przecież o wskazywanie palcami. Bardziej zależy mi na zarysowaniu problemu, który nie jest niestety tylko moim niefortunnym przypadkiem. Spływają też do mnie świadectwa od innych młodych nauczycieli i nauczycielek, którzy czują się podobnie i doświadczają różnych sytuacji. Podobnie zniesmaczeni, poniżeni, niedocenieni. I to przez osoby, które powinny pomóc im wdrożyć się w nowe środowisko i po ludzku poradzić w ciężkich momentach, a nie je generować.
Nie mówię, że należy porzucić szukania systemowych rozwiązań, ale może zanim zaczniemy zastanawiać się, dlaczego młodzi nauczyciele odchodzą ze szkół, warto zadać sobie inne pytanie: czy nasza szkoła naprawdę jest tym miejscem, w którym chcieliby zostać? I jak możemy takim to miejsce faktycznie czynić.
Nazwisko autorki wypowiedzi i adres znany redakcji Edunews.pl.


