Wszystko wskazuje na to, że od 1 września 2026 roku w szkołach podstawowych ma obowiązywać zakaz używania telefonów komórkowych. Według minister Nowackiej urządzenia będą mogły być używane wyłącznie w celach dydaktycznych. Brzmi pięknie – ale w mojej ocenie taki zakaz niewiele zmieni.
Dzieci rozpoczynające naukę w szkole podstawowej biegle posługują się telefonami, tabletami i smartwatchami. Nie wiedzą, jak poruszać myszką, klawiatura jest im obca, bo do tej pory większość korzystała z wyszukiwania głosowego.
Ustawodawcy chcą chronić dzieci przed nadmiernym używaniem telefonów w szkole – ale nie zapewnili żadnych narzędzi, które pozwoliłyby ten zakaz faktycznie egzekwować. Żadnego dofinansowania na szafki, półeczki, szkolne telefony służbowe. Nic.
Problem sięga jednak znacznie głębiej – bo zaczyna się wtedy, gdy maluchy nauczyły się siedzieć. Wielu rodziców, chcąc chwili spokoju, już od najwcześniejszych lat sięgało po telefon lub tablet jako po sposób na zajęcie dziecka. Dziś wiele dzieci nie zje posiłku bez ekranu przed oczami. Słyszałam od rodziców małych przedszkolaków i żłobkowiczów, że jeśli dziecko nie chce jeść – wystarczy włączyć bajkę i problem znika.
Zrobiło się ciepło. Na ulicach widać rodziców z wózkami, a w wózku – ekranik. Po co maluch ma się rozglądać, podziwiać świat dookoła, skoro ma ekran?
Rodziców trzeba edukować. Tyle że rodzice często nie chcą być edukowani w tym zakresie. Pojawia się więc pytanie – a gdyby zamiast rozrywkowych rolek z ministerstwa edukacji (małe litery użyte celowo) pojawiały się treści o szkodliwości ekranów dla najmłodszych? To byłoby coś wartościowego. Tym się zajmijmy.
A wracając do szkoły – wstawię jeszcze jeden kij w mrowisko: bajki na świetlicy.
Moim zdaniem powinny być zakazane lub mocno ograniczone – maksymalnie do godziny raz na pół roku. Widziałam własne dziecko siedzące w piękny, słoneczny dzień w dusznej świetlicy przed telewizorem. Zapytałam dlaczego. Usłyszałam: „bo dzieci chciały", „bo były zmęczone", „bo to tylko dziś", „jutro też będzie ładna pogoda, jutro pójdziemy na zewnątrz".
Tak – byłam i jestem rodzicem, który się czepia.
Jestem też nauczycielką z wykształcenia i powiem wprost: bajki na świetlicy to zła organizacja pracy, za którą odpowiada zarówno nauczyciel, jak i dyrektor.
Notka o autorce: Bernardeta Wójtowicz przez kilkanaście lat pracowała jako nauczycielka matematyki i informatyki, głównie w liceum ogólnokształcącym. Obecnie zajmuje się wsparciem podmiotów prywatnych w pozyskiwaniu oraz rozliczaniu dotacji oświatowych, a także prowadzi żłobki i przedszkola.


