Ratowanie przez rozbiór?

fot. Ministerstwo Edukacji Narodowej

Narzędzia
Typografia

Zmiany w polskiej oświacie są potrzebne. Zmiany są konieczne, jeśli faktycznie myślimy o Polsce jako kraju, który będzie potrafił konkurować myślą i innowacyjnością z innymi krajami z czołówki europejskiej, a może i światowej. Jeśli będą siłą narzucone i niezrozumiałe dla większości osób pracujących w systemie oświaty, to wciąż pozostaną tylko zmianami na papierze, a koszty zmian pochłoną kolejne cenne zasoby finansowe, których w nadmiarze nie posiadamy.

Wczoraj z uwagą wysłuchałem podsumowania debaty w wykonaniu Pani Minister Anny Zalewskiej (zapis wystąpienia w YouTube, prezentacja). Było ono być może zbyt dynamiczne, aby zrozumieć sens niektórych wypowiedzi i argumentów (co zresztą potwierdzały też komentarze na żywo na czacie towarzyszącym transmisji online). W jednym na pewno szefowa resortu edukacji ma rację – „zmiany są konieczne”. Mam jednak kilka refleksji, którymi się podzielę. Pani Minister mówiła bardzo długo i bardzo wiele kwestii poruszyła – nie do wszystkich spraw się odniosę. Proszę niniejszy wpis traktować jako komentarz merytoryczny do wypowiedzianych propozycji, a nie polityczny.

Powrót do przeszłości

Wyciągając esencję wypowiedzi Pani Minister z socjotechnicznego sosu, ogłoszono zmianę, która znana była od dawna i została zapowiedziana zaraz po wygranych wyborach. Wygląda na to, że całe zamieszanie z debatą oświatową było tylko po to, aby bazę zapowiedzianych zmian obudować jeszcze kilkunastoma mniejszymi modyfikacjami i usprawnieniami (nadbudowa?), żeby całość wyglądała bardziej poważnie. Gdyby powiedziano, że chodzi tylko o wydłużenie o rok liceum i przywrócenie PRL-owskiej szkoły podstawowej, to pewnie byłoby to zbyt mało nośne hasło, aby zyskać poparcie dla propozycji. Tak więc, jak zapowiedziano – proponuje się rozbiór gimnazjów poprzez podział ich na szkołę podstawową i liceum ogólnokształcące. Nazwanie klas V-VIII etapem gimnazjalnym jest zabiegiem socjotechnicznym, podobnie jak zmiana nazwy ze szkoły podstawowej na szkołę powszechną. Tym samym argumenty merytoryczne zgłaszane przez różne środowiska przeciwne takiej strukturze systemu oświaty nie zyskały akceptacji. Podobnie jak społeczna akcja „Ratujmy gimnazja” – już dawno zresztą uznano ją w MEN za „stymulowaną” przez dorosłych (czy to dlatego, że „dzieci i ryby głosu nie mają”?). Wygląda na to, że nie rozważano w MEN innych wariantów, a tylko deklarowano, że wszystkie propozycje są omawiane, tak pro forma, bez wpływu na ostateczną decyzję.

Ośmioletnia szkoła podstawowa i czteroletnie liceum – większość osób zaangażowanych w dyskusję o polskiej edukacji zna ten podział doskonale. Ale wspomina – już bardzo różnie. Zdania co do jakości tamtej edukacji są zdecydowanie podzielone (jako absolwent tamtego systemu uważam, że jednak większość kompetencji zdobyłem dzięki studiom, a nie tym szkołom). Dziś tzw. „dobra zmiana w edukacji” oznacza zatem powrót do czasów socjalizmu (ośmioletnia szkoła podstawowa wdrażana była w latach 1961-1966). Nie uważam, że jest to rozwiązanie dobre dla uczniów drugiej i trzeciej dekady XXI wieku.

Poważne ryzyko straty kapitału ludzkiego

Ratowanie szkół i nauczycieli przez likwidację jest rozwiązaniem, które trudno uznać za konstruktywne dla systemu oświaty. Chyba, że używamy brutalnej terminologii i mówimy, że trzeba ponieść pewne ofiary, aby „uratować” innych. Koszty tej zmiany będą gigantyczne (i społeczne i infrastrukturalne) i udawanie, że ich nie będzie jest oszukiwaniem ludzi pracujących w oświacie. Propozycja osadzenia nowej szkoły powszechnej w kilku budynkach oddalonych od siebie jest wariantem zaskakującym i de facto rozbijającym życie szkoły. Szkoła powszechna będzie tylko szyldem, a w niej powstaną osobne podstruktury żyjące własnym życiem. W takiej sytuacji znajdzie się ogromna liczba szkół, które już teraz przy sześcioletniej szkole podstawowej ledwo mieszczą się w jednym budynku. Nauczyciele szkół podstawowych z klas IV-VI oraz nauczyciele gimnazjów będą musieli konkurować o zatrudnienie w nowej strukturze. Jakby nie liczyć będzie mniej godzin lekcyjnych (bo klasę IV zabierze edukacja wczesnoszkolna, a klasę III gimnazjum – liceum). Zapowiedzi Pani Minister, że „nikt nie straci pracy” nie wyglądają przekonywująco. Ponieważ szkoła powszechna jednak będzie oparta o kadry i uczniów obecnej szkoły podstawowej – obawy, że stracimy w systemie oświaty świetnie przygotowanych i wykształconych nauczycieli gimnazjów są jak najbardziej uzasadnione.

Nauczanie dla kompetencji – ale jakich?

Wysokie kompetencje uczniów społeczne, kreatywność i innowacyjność mają zapewnić lekcje czytania literatury narodowej, pogłębianie świadomości historycznej (choćby poprzez wycieczki historyczne), wzmocnienie edukacji przyrodniczej (powrót biologii i chemii do szkoły powszechnej?), rezygnacja z interdyscyplinarności i zastąpienie jej korelacją przedmiotową. Przyznam, nie widzę wielkich szans na wyższe kompetencje uczniów przy takim podejściu. Będzie też obowiązkowy wolontariat, z którego uczniowie będą rozliczani. Połączenie obowiązku z czymś, co ma być dobrowolne i wypływać ze szczerych osobistych intencji i serca wydaje się być tak kuriozalne, że szkoda to komentować. Chyba, że chodzi o symulację wolontariatu. Pewnym novum mają być projekty tygodniowe realizowane w czerwcu, które mają uczyć współpracy. Tu argumentacja jest kompletnie niejasna. Po 20 latach realizacji projektów edukacyjnych wiem, że nie da się sensownego projektu rozwijającego współpracę zrobić w tydzień – chyba że chodzi znów o papierową fikcję i symulację projektów edukacyjnych… No i jeszcze mają być klasy mundurowe we współpracy z Ministerstwem Obrony Narodowej. Zebrałem w tym miejscu rozproszone wypowiedzi Pani Minister, aby ukazać proponowane zmiany w podejściu do nauczania. Tylko one mi się nie składają w żaden sposób w spójny system nauczania kompetencji i wartości.

Licea jako preludium kształcenia akademickiego

Uzasadniając zmiany w systemie oświaty Minister Zalewska przytoczyła sondę wśród rektorów 37 uczelni wyższych, z których zdecydowana większość przyznała, że uczeń po liceum ogólnokształcącym nie jest przygotowany do studiów. Tylko dlaczego absolwent LO ma być sformatowany pod kątem potrzeb uczelni wyższych? Dawno temu, osobiście kończyłem czteroletnie publiczne liceum ogólnokształcące, poszedłem na studia nieprzygotowany do nich i bardzo cieszę się, że właśnie tak się stało – to na uczelni mogłem się rozwinąć i nauczyć czegoś nowego, czego tamta szkoła nie mogła po prostu mi dać. Czy naprawdę chodzi nam o to, żeby już z liceów wychodziły umysły akademickie? Przecież nie o to chodzi w edukacji ogólnej! Jeśli nie chodzi nam o „ogólnokształcenie” to proponuje od razu zmienić nazwę w systemie oświaty na „liceum akademickie”. Jakość nauczania na uczelniach wyższych kuleje, kondycja polskiej nauki nie jest dobra, pojawiają się głosy, że na uczelniach „nie opłaca się być dobrym. System nauki i szkolnictwa wyższego się zatkał” (prof. Włodzimierz Żylicz), ale uczelnie nie próbują w żaden sposób zmienić podejścia. Czekają na gotowy, ukształtowany „towar” edukacyjny, zamiast podjąć wysiłek dalszego kształtowania młodych umysłów. Moim zdaniem zwiększamy ryzyko, że propozycja wydłużenia kształcenia ogólnego w liceum doprowadzi właśnie do zakonserwowania złego systemu, który już mamy na uczelniach.

Minister Zalewska zapowiedziała też zmiany w podejściu do matury, która ma być bardziej problemowa, z zadaniami otwartymi, na myślenie. Tu widzę sens głębszych zmian – może jednak trzeba zupełnie odejść od dotychczasowego modelu, zerwać z pojmowaniem tego egzaminu jako pewnego „sacrum”. Ale żeby zmienić podejście do matury wcale nie było nam potrzebne wydłużenie edukacji w liceum o rok – wystarczyło zaproponować sensowne zmiany. Wśród wielu postulatów to jest ważna dyskusja i warto dalej kontynuować debatę na ten temat.

Nadzorowany rozwój autonomicznego i wolnego nauczyciela

Nauczyciel ma być wolny od biurokracji („chcemy zwrócić nauczycielowi wolność”), ma być bardziej autonomiczny, ale jednocześnie miałem wrażenie, że padło co najmniej kilka pomysłów, jak poddać go silniejszej kontroli urzędniczej. Chętnie zobaczę, jak będzie wyglądał postulat „My walczymy z biurokracją” w realizacji proponowanej przez MEN.

Anna Zalewska przyznała, że mamy bardzo dużo pieniędzy na rozwój nauczycieli. Zadeklarowała powrót do wydatkowania na doskonalenie 1% (planowanych rocznych środków na wynagrodzenie nauczycieli). To faktycznie dobre rozwiązanie, pod warunkiem, że „wolny” nauczyciel będzie sam mógł wybierać takie szkolenia, jakie uznaje za wartościowe dla swojego rozwoju. Jeśli natomiast będzie miał wybierać z puli szkoleń instytucji akredytowanych „uznanych za wartościowe” przez kuratorium oświaty to znów zmarnujemy miliony złotych.

Technologia przeszłości

O ile z argumentem zwiększenia dostępu szkół do szybkiego, szerokopasmowego internetu nie ma co dyskutować – to potrzebne, to forsowana przez Minister Zalewską „tablicyzacja” klas lekcyjnych wygląda na jakąś szeroko zakrojoną operację lobbingową. Na całym świecie odchodzi się od tablic interaktywnych w edukacji, ponieważ konserwują one dydaktykę przeszłości, nie sprzyjają ruchowi, mobilności, kreatywności uczniów. Jak ktoś nie wierzy, niech choć raz pojedzie na jakieś poważne targi technologii edukacyjnych, np. BETT. Niech może odwiedzi kilka szkół fińskich, szwedzkich czy angielskich, gdzie tej technologii jest znacznie więcej niż w polskich szkołach i znacznie więcej już przetestowano. Wygląda na to, że MEN ma bardzo złych doradców, którzy próbują przyczynić się do zmarnowania gigantycznej kwoty na coś, co już jest passe.

Nie ma najmniejszej szansy, aby poprzez wyposażenie w tablice interaktywne polska szkoła z papierowej stała się cyfrowa. To tak, jakby starać się z papieru toaletowego zrobić e-papier. No może komuś się uda. Ale nie tędy droga…

Dobra zmiana dla kogo dobra?

W wystąpieniu szefowej MEN było jeszcze wiele innych wątków (choćby szkolnictwo zawodowe, szkoły specjalne, kształcenie przyszłych nauczycieli, miejsce rodziców) – zostawiam ich omówienie na inną okazję.

Wprawdzie Minister Zalewska zapowiedziała, że toruńska prezentacja to tylko zapowiedź zmian w systemie oświaty, że teraz przystąpimy do rozmów, uszczegóławiania i konsultacji społecznych (których MEN jeszcze nie uruchomiło), ale wynik tych prac chyba jest z góry przesądzony. Zmiany wbrew pozorom wcale nie są ewolucyjne, ale są rewolucyjne, bo jednak instytucjonalny rozbiór gimnazjów spowoduje spore szkody w systemie.

Wygranymi w propozycji ministerstwa są licea ogólnokształcące i ich kadra. Dodanie jednego rocznika polepszy wprawdzie sytuację finansową zatrudnionych w liceach, ale moim zdaniem nie przełoży się na lepszy system oświaty. Fałszywe jest założenie, że liceum ma przygotować do studiów. Powinno wyposażyć młodego człowieka w szeroką wiedzę i umiejętności przydatne w życiu. Potrzeba więcej praktyki.

W całej debacie MEN ani razu nie padło słowo „przedsiębiorczość”. Jak chcemy kształcić innowacyjnych młodych ludzi odnoszących sukcesy w życiu i pracy, jeśli nie będziemy od najmłodszych lat rozwijać postaw przedsiębiorczych?

Obawiam się potwornego chaosu w oświacie w następnych latach. Niestety nie widzę, aby proponowane zmiany niosły za sobą szansę na lepszą polską szkołę. Ale oczywiście mam prawo się mylić (jeszcze).

 

(Notka o autorze: Marcin Polak jest twórcą i redaktorem naczelnym Edunews.pl, zajmuje się edukacją i komunikacją społeczną, realizując projekty społeczne i komercyjne o zasięgu ogólnopolskim i międzynarodowym. Jest również członkiem grupy Superbelfrzy RP).

 

 

Jesteśmy na facebooku

fb

Ostatnie komentarze

E-booki dla nauczycieli

Polecamy dwa e-booki dydaktyczne z serii Think!
Metoda Webquest - poradnik dla nauczycieli
Technologie są dla dzieci - e-poradnik dla nauczycieli wczesnoszkolnych z dziesiątkami podpowiedzi, jak używać technologii w klasie