Od dyrektora do dyrektorów

fot. Fotolia.com

Narzędzia
Typografia

Początek roku szkolnego zawsze skłania do refleksji osoby pracujące w szkole lub mające częsty kontakt ze szkołą. Z reguły jako pierwszy/pierwsza listy do nauczycieli i dyrektorów pisze Minister Edukacji, aby jakoś osłodzić nauczycielom ciężki los, który zazwyczaj szykuje dyrektorom i nauczycielom właśnie to ministerstwo i podległe mu urzędy. Ale dziś chcieliśmy zamieścić inny list - od dyrektora szkoły, Jarosława Pytlaka, do innych dyrektorów szkół. To dobry komentarz tego, co wydarzyło się w szkołach w ostatnich miesiącach.

***

Szanowni Państwo, Dyrektorzy szkół, przedszkoli i placówek oświatowych!

Koleżanki i Koledzy!

Pozwólcie, że korzystając z przywileju wieku, doświadczenia i dwudziestu ośmiu lat pełnienia funkcji dyrektora szkoły, a w tym czasie przetrwania osiemnastu ministrów, ze trzech dużych reform i pewnie co najmniej po trzykroć tylu małych, zwrócę się do Was z listem, przygotowanym specjalnie na okoliczność rozpoczęcia kolejnego roku szkolnego. Nie będę ukrywał, że zainspirowała mnie epistoła, którą 29 sierpnia skierowała do nas wszystkich pani minister Zalewska. Skoro mogła szefowa MEN zamanifestować tą drogą, jak zawsze, niczym nie zmącone samozadowolenie i optymizm, mogę i ja w podobny sposób podzielić się z Wami swoim zatroskaniem. Dla zachowania równowagi w przyrodzie.

Nadchodzący rok szkolny obiecuje nam jeszcze więcej pracy, jeszcze mniej satysfakcji w zmaganiach z oporną materią prawa oświatowego, i jeszcze mniej radości z czasu, który kiedyś mogliśmy poświęcać swoim wychowankom. Mimo szumnych zapowiedzi pani Zalewskiej biurokracja, zamiast ulegać ograniczeniu, będzie plenić się jeszcze bardziej.

Nasza praca do złudzenia przypomina dzisiaj popularną ongiś grę komputerową Tetris. Od góry ekranu spadają rozmaitego kształtu klocki, które trzeba szybko układać tak, by wypełniały całe linie, co powoduje przyznanie punktów i przedłużenie rozgrywki. Szybkość, z jaką opadają kolejne elementy, stopniowo rośnie i na poziomie najwyższym kierowanie nimi wymaga naprawdę fenomenalnego refleksu. Taką oto grę, po części zresztą na bazie osiągnięć swoich poprzedników, oferuje nam dzisiaj ekipa pani minister edukacji. Tyle, że tempo rozgrywki jest od samego początku najwyższe, a urzędnicza kreatywność dodała od siebie jeszcze jedno utrudnienie. Otóż klocki, które nam spadają (na głowę), mają przedziwną właściwość zmieniania kształtu w locie.

Owa metafora przyszła do głowy mojej małżonce, kiedy wspólnie spędzaliśmy czas wakacyjnego wypoczynku na próbach ogarnięcia kolejnych zmian, radośnie wprowadzonych (lub nie wprowadzonych do końca) przez panią Zalewską tylko w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Pewnie nie dowiecie się z mojego listu niczego nowego, ale może słowa te przeczyta jakiś szeregowy nauczyciel, który ma o swojej dyrekcji jak najgorsze mniemanie, myśląc, że coroczne rewolucje w jego placówce, to radosna twórczość przełożonego-sadysty… A może słowa moje dotrą pod rodzicielskie strzechy, w których gości naiwne przekonanie, że dyrektor szkoły nie zajmuje się niczym innym, jak tylko wymyślaniem, co jeszcze można by uczynić, żeby dzieciom w jego placówce było jak najlepiej... A my tymczasem po cichutku toniemy pod nawałem rozmaitych [dyrektor] „zorganizuje”, „zapewni”, „odpowiada”, „skontroluje”, których to czynności jest tyle, że na każdą przypada średnio dwie godziny w roku, wliczając w to czas hospitacji całego zespołu nauczycieli. A przecież przydałby się jeszcze czas na myślenie.

Naprawdę wzruszyłem się czytając słowa skreślone przez panią Zalewską, że 24 sierpnia udostępniony został poradnik na dyrektorów dotyczący przetwarzania danych osobowych w placówkach oświatowych. Już trzy miesiące po wejściu w życie RODO, które zastało nas w systemie edukacji zagubionych niczym dzieci we mgle. Dlaczego ów poradnik nie ukazał się trzy miesiące przed wejściem w życie unijnej regulacji, choć jej postanowienia znane były bodaj dwa lata wcześniej, można wytłumaczyć chyba tylko tradycyjnym przeświadczeniem, że „jakoś to będzie”. Ale z RODO sobie poradzimy, bo na tym samym wózku jedzie mnóstwo ludzi, więc zanim kontrole naprawdę zajrzą nam w oczy, upłynie jeszcze trochę czasu. Damy sobie również radę z tym, że na stronie internetowej MEN w zakładce Akty prawne obowiązujące, czeka nas wycieczka w przeszłość do roku 2015. W końcu Internet jest niezmierzony i gdzieś tam zawsze znajdziemy to, co jest nam potrzebne. Zresztą najlepiej wyłączyć myślenie i zaabonować jeden z serwisów oświatowych, który zaserwuje nam akty prawne, dla wygody zaopatrzone w poręczną ściągawkę co i kiedy powinniśmy zrobić. To tyle w kwestii kreatywności.

Pod koniec maja spłynęło na nas rozporządzenie dotyczące oceny pracy nauczyciela. Nie będę tutaj się nad nim rozwodził, napiszę tylko, że mnie i małżonce zabrało trzy tygodnie wakacji, a czas, który pochłonie w przyszłości zdaje się być niezmierzony. Choć w tym wypadku spadający klocek zmienił kształt na lepiej pasujący, bowiem pani minister w liście z 29 sierpnia obwieściła, że pod wpływem „dochodzących z różnych stron sugestii" powstał projekt zmiany w prawie, zmieniający częstotliwość oceny z trzech do pięciu lat. Radość dająca się zauważyć w Internecie świadczy nader wyraźnie, że stary żydowski szmonces o kozie rabina, którą rebe kazał Ickowi zakwaterować w jego przepełnionym mieszkaniu, jest nadal aktualny. Kiedy bowiem nieszczęśnik powrócił po tygodniu ze skargą, że teraz jest jeszcze gorzej, rabin kazał mu kozę wyprowadzić, zyskując ickowe poczucie wdzięczności, bowiem w mieszkaniu zrobiło się zdecydowanie luźniej.

Pod koniec lipca pojawił się na ekranie klocek o nazwie BHP w szkole. Wyjątkowo pokręcony, bo nakazujący wydłużyć przerwy do co najmniej dziesięciu minut, zabraniający wykładania przedmiotów „wymagających intensywnego wysiłku umysłowego” nie później niż na szóstej lekcji (bez ich zdefiniowania), wprowadzający pomnik urzędniczego obłąkania i absurdu w postaci obowiązku rejestrowania (i zatwierdzania przez dyrektora) wszystkich wyjść ze szkoły, nie będących wycieczkami (te już wcześniej trzeba było zatwierdzać). No i jeszcze szafki dla uczniów, które „dyrektor zapewni”. Jeśli ktoś wziąłby ten projekt na poważnie, a niby dlaczego nie, to powinien niezwłocznie wprowadzić poprawki w organizacji swojej placówki (choćby w planie lekcji), nawet jeśli okazałyby się niewykonalne. Ale spokojnie, jest 2 września, rozporządzenia nie ma, tylko wróbelki ćwierkają, że ma zostać mocno okrojone z tych najbardziej idiotycznych kontrowersyjnych zapisów. Ale rok szkolny rusza i nie wiemy, w jakim kształcie i kiedy ów klocek na nas spadnie.

Dyrektorskiego szczęścia dopełnia najnowszy koncept naszej pani minister, jakim jest podpisane 16 sierpnia, a wchodzące w życie, a jakże, 1 września rozporządzenie w sprawie doradztwa zawodowego. Ktoś małego serca wyszydziłby pomysł zorganizowanej preorientacji zawodowej dla przedszkolaków. Szczególnie w czasach, gdy połowa obecnych zawodów w ciągu ćwierć wieku ma odejść w niebyt, a pojawi się wiele nowych, których nawet się jeszcze nie domyślamy. Ja nie będę małostkowy – w końcu Antek Cwaniak – wykreowany przez Aleksandra Kamińskiego wódz gromady zuchów, bawił się ze swoimi wychowankami choćby w listonosza. I co? I 90 lat później nadal istnieją listonosze, co więcej, bardzo ich brakuje! Warto więc preorientować przedszkolaki. Ale prawdziwy klocek naszej gry dopiero pojawi się na ekranie. Będziemy otóż, uwaga, tworzyć program wewnątrzszkolnego systemu doradztwa zawodowego na dany rok szkolny, zawierający takie elementy jak m.in. tematykę działań, w ramach których zostaną zrealizowane poszczególne treści, metody, formy i terminy realizacji poszczególnych działań, oraz wskazanie osób odpowiedzialnych za ich realizację. I to ma być gotowe 31 października. Jeszcze jeden bzdurny papier, tak bzdurny, że nawet mi się nie chce pisać, jak mądrze można by te treści połączyć z istniejącymi już papierami, jako choćby z programem wychowawczo-profilaktycznym. Ale to byłoby za proste. Jednak jest też radosny aspekt całej sprawy – wykwalifikowanych doradców zawodowych będziemy musieli zatrudnić dopiero za cztery lata. Dzięki Bogu za tę drobną łaskę.

To tylko krótki przegląd atrakcji, jakie MEN przewidział w tym urlopowym sezonie dla dyrektorów szkół. A przecież mamy jeszcze problemy, które przynosi reforma: w dużych ośrodkach brak nauczycieli, a w małych dla odmiany konieczność ich zwalniania oraz przebój sezonu, czyli patchwork – zszywanie etatów z niewielkich wymiarów godzin w kilku placówkach. Mamy konieczność zatrudniania nauczycieli na umowę o pracę, co skutecznie utrudni organizowanie zajęć terapeutycznych w szkołach. Terapeuci, dotąd zatrudniani jako firmy, przeniosą się w sferę pozaszkolną, a zapłacą za to rodzice. Mamy jeszcze problem edukacji dzieci niepełnosprawnych, który obrósł już tyloma interpretacjami, że każdy przypadek należałoby rozpatrywać osobno. Kto? Oczywiście – dyrektor.

Rok szkolny 2018/2019 będzie też kolejnym rokiem niewypowiedzianej wojny rodzicielsko-nauczycielskiej, w której coraz częściej nie bierze się jeńców. Jedna z naszych nauczycielek podsłuchała rozmowę w sąsiednim grajdole na plaży, gdzie pewna mama uświadamiała drugą, żeby nie szarpała się w szkole, gdy jej się coś nie podoba, tylko od razu pisała skargę do kuratorium. Skarga musi być oczywiście rozpatrzona, a za tym ostatnio podąża sugestia dla dyrekcji: „Proszę załatwić sprawę tak, żeby rodzic był zadowolony!”. Więc dyrektor przekazuje to nauczycielowi: „Proszę załatwić sprawę tak, by dziecko było zadowolone!”. Bo przecież sensem naszej pracy jest dobro dziecka, nieprawdaż?!

Koleżanki i Koledzy! W obliczu nadchodzącego roku szkolnego życzę Wam nerwów jak postronki i woli świętego Franciszka z Asyżu. No i wiary, że będąc dyrektorem nie przestaje się być pedagogiem. Niech cokolwiek sobie wymarzycie będzie w Wami!

Jarosław Pytlak

 

PS. I trzymajcie się, bo to (był kiedyś) piękny zawód. I może jeszcze kiedyś taki będzie. Tymczasem jednak uprzedzajcie młodych, że dyrektorem szkoły w Polsce AD 2018 może chcieć zostać tylko wariat albo samobójca. Nawet za te 1000 złotych więcej, które w desperacji rzuciło miasto stołeczne Warszawa.

 

Notka o autorze: Jarosław Pytlak jest dyrektorem Szkoły Podstawowej nr 24 STO na Bemowie w Warszawie oraz pomysłodawcą i wydawcą kwartalnika pedagogiczno-społecznego Wokół Szkoły. Działalnością pedagogiczną zajmuje się przez całe swoje dorosłe życie. Tekst ukazał się pierwotnie w blogu autora.

 

Jesteśmy na facebooku

fb

Ostatnie komentarze

E-booki dla nauczycieli

Polecamy dwa e-booki dydaktyczne z serii Think!
Metoda Webquest - poradnik dla nauczycieli
Technologie są dla dzieci - e-poradnik dla nauczycieli wczesnoszkolnych z dziesiątkami podpowiedzi, jak używać technologii w klasie