J'accuse...!

fot. Fotolia.com

Narzędzia
Typografia
  • Smaller Small Medium Big Bigger
  • Default Helvetica Segoe Georgia Times

Początek roku szkolnego to tradycyjny już czas życzliwych pytań pod moim adresem, typu „Jak tam, panie Dyrektorze, gotowi do pracy?!” albo „Cieszy się Pan z powrotu do szkoły po wakacjach?”. Odpowiadam, że gotowi chyba jesteśmy, choć z roku na rok kosztuje to coraz więcej wysiłku, ale naturalną (jeszcze) radość z rozpoczęcia roku szkolnego skutecznie mąci obawa, jakie to niemiłe niespodzianki przyniesie życie. Na dyrektorów szkół, szczególnie w dużym mieście, czeka ich bowiem dzisiaj bardzo wiele. Nie tylko spowszedniałe już nagłe odejścia nauczycieli i gorączkowe poszukiwanie kandydatów na ich miejsce. Także wciąż kręcące się koło ruletki, którą imitują rodzicielskie decyzje o zmianie szkoły, nawet dzień przed końcem wakacji, co ma swoje konsekwencje ekonomiczne i organizacyjne. Albo przebój tego lata, czyli kumulacja licealna i rozpaczliwa walka o ograniczenie jej skutków…

Aby obraz był pełniejszy dodajmy jeszcze marzenia ściętej głowy o dentyście do nieistniejącego w szkole gabinetu, albo chociaż wygranej loteryjnej w postaci wizyty jednego z 16 (słownie: szesnastu) funkcjonujących w kraju dentobusów... Naprawdę, trzeba mieć wielkie poczucie misji czy odpowiedzialności, albo zamiłowanie do rozwiązywania łamigłówek, żeby w tej atmosferze nie rzucić w diabły dyrektorskiego fotela i nie wyjechać w Bieszczady!

Mając świadomość powyższego, ilekroć pyta ktoś, czy praca na zajmowanym stanowisku przynosi mi jeszcze radość, przytaczam w odpowiedzi stary dowcip, jak to cyrkowca, którego popisowy numer polegał na uderzaniu się młotkiem w głowę, zapytano, czy to zajęcie sprawia mu przyjemność.

Oczywiście! – odparł – Zawsze, kiedy nie trafię.

Odpowiem zatem i ja, że kierowanie szkołą nadal sprawia mi przyjemność, ale tylko w te dni, kiedy nie wchodzi w życie kolejny bzdurny przepis, a klienci mojej placówki, bądź jej pracownicy, szczęśliwym trafem nie stawiają mnie wobec konieczności zmierzenia się z jeszcze jednym palącym problemem, zawadzającym im na drodze ku doskonałości.

W tym miejscu powinienem wspomnieć (wzdychając) o wchodzącym właśnie w życie przepisie dotyczącym odpowiedzialności dyscyplinarnej nauczycieli. Mniej świadomych Czytelników spieszę poinformować, że na mocy nowego prawa dyrektor ma obowiązek złożyć doniesienie do kuratorium, jeśli podlegający mu nauczyciel „popełni czyn naruszający prawa i dobro dziecka”. Daruję sobie dalsze szczegóły, bowiem tragiczny los dyrektora-donosiciela opisał już w swoim poczytnym blogu Dariusz Chętkowski (warto przeczytać – tutaj). Pozwolę sobie tylko zwrócić uwagę na zastosowane w tej normie prawnej pojęcie „dobra dziecka”. O ile bowiem prawa dziecka są dosyć precyzyjnie określone, choćby w międzynarodowej konwencji, o tyle jego dobro…, cóż, może stanowić przedmiot równie nieprecyzyjnych spekulacji, jak, nie przymierzając, obraza uczuć religijnych. Drobny przykład: czy szczepienie dziecka przeciw chorobom zakaźnym jest działaniem na rzecz jego dobra?! Tak? A jeśli zapytamy o to zdeklarowanego antyszczepionkowca?!

Takie oto właśnie nieprecyzyjne pojęcie podrzucono we wrześniu 2019 roku pod kocioł z gotującą się smołą, bulgocący w piekiełku o nazwie „Polska Szkoła”. Znając swoich rodaków nie mam wątpliwości – będzie jeszcze goręcej.

Po tym przydługim wstępie, którego sens objawi się Czytelnikowi na końcu artykułu, pozwolę sobie teraz przytoczyć pewne reminiscencje z wydarzenia, w którym miałem okazję ostatnio uczestniczyć, a mianowicie dorocznej konferencji „Pokazać – przekazać”, zorganizowanej w Warszawie przez Centrum Nauki Kopernik.

Zaproszony do poprowadzenia podczas tej imprezy jednej z debat, zaproponowałem temat „Poza podstawą programową istnieje życie”. Najogólniej rzecz biorąc chodziło o zmierzenie się (w dyskusji panelowej wspieranej głosami z sali) z problemami, jakie generuje we współczesnej polskiej edukacji podstawa programowa, jej „realizacja”, „monitorowanie” owej „realizacji”, oraz zafiksowanie wszystkich na tym niekoniecznie najważniejszym aspekcie działalności szkoły. Wnioski z tej dyskusji to materiał na osobną publikację, tutaj natomiast chciałbym podzielić się refleksjami, jakie przyszły mi do głowy, kiedy przygotowywałem się do debaty. Postanowiłem oto zapoznać się dokładniej z podstawą programową wybranego przedmiotu. Dla szkoły podstawowej, czyli taką, jaka od dwóch lat jest już „w realizacji”. Z racji swojego pierwotnego zawodu wybrałem biologię.

Najpierw nieco statystyki. Dokument ów, opracowany w 2017 roku, stanowiący fundament programu nauczania tego przedmiotu od piątej do ósmej klasy szkoły podstawowej w łącznym wymiarze mniej więcej 180 lekcji, zajmuje 14 stron i liczy około 32 tysiące znaków. Składa się z trzech części. W pierwszej zebrano 18 celów kształcenia. W części drugiej znajdują się „treści nauczania – wymagania szczegółowe”. Ujęte w dokładnie 192 punktach, podpunktach i podpunktach podpunktów. Część trzecia, to dwie strony „Warunków realizacji”.

Gdyby ograniczono się do samego wykazu celów kształcenia, nie byłoby potrzeby pisania tego artykułu. Są całkiem sensowne i łatwo dałyby się powiązać z innymi przedmiotami w jedną spójną wizję kształcenia. To jednak byłoby zbyt proste.

W części szczegółowej wypisano niemal wszystko, co znajdowało się w poradniku metodycznym dla liceów, gdzieś tak pół wieku temu. Cały przegląd systematyczny świata istot żywych. Anatomię i fizjologię człowieka umiejscowionego niczym korona stworzenia, czyli zaraz po ssakach. Na koniec garść informacji nieco bardziej współczesnego pochodzenia. O homeostazie, czyli regulacji wewnętrznej, ale tylko w odniesieniu do organizmu, broń Boże nie całej biosfery, choć skutki zaburzenia jej homeostazy niemal codziennie widzimy obecnie za oknem. Ciut o ewolucji – tutaj człowiek szczęśliwie nadal pochodzi od małpy. Ekologię i ochronę środowiska, które jako żywo przypominają mi, jak w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku uczyłem dzieci, że biotop+biocenoza=ekosystem (potem zmądrzałem…). Twórcy podstawy dorzucili od siebie mutualizmy, komensalizm, strukturę troficzną ekosystemu i destruentów. Dla przypomnienia – mówimy o szkole podstawowej. I na koniec „zagrożenia dla różnorodności biologicznej” – kiedy uczeń spełni wcześniejsze sto wymagań dotyczących znajomości różnych organizmów, na marginesie tego dowie się, że niektóre z nich przeszły już do historii. A że będzie to pod koniec ósmej klasy, można śmiało założyć, że nikt nie zawróci sobie głowy nieprzyjemnymi szczegółami.

Przypomnę – wymagań jest więcej niż przewidzianych lekcji w szkole. Poza tym wiele spośród nich obejmuje bardzo obszerne zagadnienia. Oto przykłady pojedynczych wymagań:

Uczeń przedstawia środowisko życia, cechy morfologiczne oraz tryb życia skorupiaków, owadów i pajęczaków oraz wskazuje cechy adaptacyjne umożliwiające im opanowanie różnych środowisk.

Śmiało Czytelniku, sięgnij do pamięci – przecież na pewno uczyłeś się o cechach morfologicznych oraz trybie życia skorupiaków, owadów i pajęczaków. Okaż kreatywność i wymyśl, jak to wymaganie „zrealizować” kreatywnie, a zarazem tak, by uczeń zapamiętał – wszak za trzy lata jakiś kolejny mędrzec, tym razem z CKE, umieści to w arkuszu egzaminacyjnym!

Uczeń wymienia gruczoły dokrewne (przysadka, tarczyca, trzustka, nadnercza, jądra i jajniki); wskazuje ich lokalizację i podaje hormony wydzielane przez nie (hormon wzrostu, tyroksyna, insulina, glukagon, adrenalina, testosteron, estrogeny i progesteron) oraz przedstawia ich rolę.

Szybko, proszę, rola poszczególnych hormonów – w wersji zrozumiałej dla piętnastolatka. Proste? Owszem, jak się ma pięćdziesiątkę i starzejąc sięga po poradniki medyczne, ale już niekoniecznie dla młodego człowieka, który jest na etapie przekonania, że będzie żył wiecznie.

Uczeń przedstawia wybrane czynności życiowe protistów (oddychanie, odżywianie, rozmnażanie).

Wiesz Czytelniku, co to są protisty? Tak, to gratuluję – w takim razie przedstaw ich czynności życiowe (ale pamiętaj, że to grupa organizmów zróżnicowana jak chyba żadna inna, więc nie wykręcaj się uogólnieniami). A może nie znasz protistów? Tylko nie tłumacz się, że nie studiowałeś biologii – cały czas mowa o szkole podstawowej, a dokładniej (w myśl zaleceń autorów podstawy) – o klasie piątej, czyli dzieciach co najwyżej 11-letnich.

Pozostało jeszcze 189 wymagań szczegółowych. Przyznaję uczciwie, niektóre są prostsze. Ale tylko niektóre.

O ile omówione tutaj wymagania budzą zgrozę, o tyle umieszczone na końcu podstawy warunki jej „realizacji” raczej rozczulenie. Łza się człowiekowi kręci w oku, kiedy czyta:

Przedmiot biologia powinien służyć kształtowaniu postawy ciekawości poznawczej, poprzez zachęcanie uczniów do stawiania pytań, formułowania problemów, krytycznego odnoszenia się do różnych informacji, dostrzegania powiązań nauki z życiem codziennym oraz związku między różnymi dziedzinami nauki. Nabyta przez ucznia wiedza (wiadomości i umiejętności) powinna mieć zastosowanie w rozwiązywaniu bliskich mu problemów,

Albo:

Zajęcia z biologii powinny być prowadzone we właściwie wyposażonej pracowni. Ważnym elementem jej wyposażenia powinien być projektor multimedialny, tablica interaktywna oraz komputer z zestawem głośników i z dostępem do internetu, a także odpowiednie umeblowanie, w którym będzie można gromadzić sprzęt laboratoryjny oraz pomoce dydaktyczne wykorzystywane w różnych okresach roku szkolnego. Istotne jest, aby w pracowni znajdował się sprzęt niezbędny do przeprowadzania wskazanych w podstawie doświadczeń i obserwacji, tj. przyrządy pomiarowe, przyrządy optyczne, szkło laboratoryjne, szkiełka mikroskopowe, odczynniki chemiczne, środki czystości, środki ochrony (fartuchy i rękawice ochronne, apteczka). Ważnymi pomocami dydaktycznymi w każdej pracowni powinny być przewodniki roślin i zwierząt, proste klucze do oznaczania organizmów, atlasy, preparaty mikroskopowe (protisty, tkanki roślinne, tkanki zwierzęce), modele obrazujące wybrane elementy budowy organizmu człowieka (np. model szkieletu, model oka, model ucha, model klatki piersiowej).

O ile się orientuję, większość nauczycieli biologii tylko na podstawie tego ostatniego zapisu powinna niezwłocznie poinformować swoich przełożonych, koniecznie na piśmie, o braku możliwości „realizacji” podstawy programowej z powodu niezapewnienia przez szkołę opisanych w niej warunków nauki.

Dobrze, żarty na bok. Wiem, że obecnie obowiązująca wersja tego dokumentu dla szkoły podstawowej została już skrytykowana na wszystkie możliwe strony. Wiem również, że w żaden sposób nie dało to do myślenia MEN-owskim decydentom, ani pani Zalewskiej, ani panu Piontkowskiemu. Oficjalne stanowisko władz głosi, że jest to dokument nowoczesny, o spiralnym układzie treści, który doskonale nadaje się do realizacji w szkole.

Otóż jest to kłamstwo, przynajmniej jeśli chodzi o biologię. Ten dokument:

1. W części szczegółowej jest absurdalnie obszerny; zawiera więcej wymagań, niż jest lekcji biologii w planie nauczania klas 5-8;

2. Zawiera treści ułożone w sposób wymuszający pamięciową naukę, w układzie systematycznym, który był może dobry pół wieku temu, ale który ignoruje, że systematyka świata istot żywych stała się w międzyczasie marginesem nauk biologicznych, podejmujących obecnie wiele innych zagadnień bardziej istotnych z punktu widzenia ludzkości.

3. Ze względu na przyjęty układ treści oraz ich nadmiar wyklucza możliwość nawet tylko zaprezentowania uczniom wymaganej tematyki, nie mówiąc już o utrwaleniu wiadomości i umożliwieniu zastosowania ich w praktyce.

4. Zawiera wskazówki dotyczące realizacji, których nie jest w stanie spełnić żadna szkoła.

Pora na wnioski. Otóż po starannym zapoznaniu się z treścią podstawy programowej biologii dla szkoły podstawowej J’Accuse…, czyli Oskarżam…!:

Autorów tego dokumentu – o karygodną ignorancję w dziedzinie pedagogiki i kompletny brak wyobraźni w odniesieniu do możliwości i potrzeb uczniów starszych klas szkoły podstawowej. To, co stworzyli okrywa ich hańbą!

Decydentów w MEN, w tym osobiście panią minister Annę Zalewską, która swoim podpisem zaakceptowała ten dokument – o zbrodnię na setkach tysięcy uczniów, wyrażającą się nałożeniem na nich wymagań ponad siły oraz zaprzęgnięciem, przy pomocy nauczycieli, do bezsensownej pracy w imię absolutnie niezrozumiałych celów.

Nauczycieli biologii – o systematyczne katowanie powierzonych sobie uczniów pracą, ponad siły, możliwości i potrzeby rozwojowe, i pokorną zgodę na ten stan rzeczy. Oraz o poświadczanie nieprawdy we wpisach "podstawę programową zrealizowano", fabrykowanych w szkołach jak Polska długa i szeroka na koniec każdego roku.

Dyrektorów szkół (w tym siebie!) – o aprobatę dla funkcjonowania w szkołach tak szkodliwego dokumentu, oraz czynny współudział w kreowaniu wynikających z tego szkodliwych zjawisk, w tym katorżniczej i pozbawionej sensu pracy uczniów. Oraz budowanie piramidy hipokryzji w polskej szkole poprzez przyjmowanie oświadczeń nauczycieli o zrealizowaniu niemożliwej do zrealizowania podstawy programowej.

Rodziców uczniów – o pokorną zgodę na funkcjonowanie systemu szkolnego, czyniącego ewidentną krzywdę ich dzieciom, i nagradzanie winnych tego stanu rzeczy głosami w kolejnych wyborach.

Wszystkich powyższych – o działanie na szkodę Polski i jej mieszkańców, których przyszłość w największym stopniu zależy od jakości kształcenia młodego pokolenia.

Drodzy Nauczyciele! Dyrektorzy szkół! Koleżanki i Koledzy! Drodzy Rodzice!

Wobec wprowadzenia wymogu zgłaszania do kuratoriów wszystkich przypadków działania sprzecznego z dobrem dzieci uważam, że nawet najbardziej rozumna „realizacja” podstawy programowej przedmiotu biologia w szkole podstawowej jest działaniem na szkodę uczniów i powinna być ujawniona! Naprawdę naruszamy dobro powierzonych nam dzieci "realizując" tę idiotyczną podstawę programową i nie jest to tylko retoryka publicysty. Czy stać nas na powiedzenie "Nie zgadzam się!"?!

Postscriptum:

Miarą tego, jak daleko wkroczyliśmy do krainy absurdu, niech będzie porównanie z podstawą programową przedmiotu przyroda z roku 1998. Otóż mieściła się ona na niespełna dwóch stronach Dziennika Urzędowego, a katalog treści zawierał zaledwie 35 punktów, w większości interdyscyplinarnych, przeznaczonych do „realizacji” podczas przeszło 300 lekcji w ciągu trzech lat nauki. Pisanie podręcznika do takiej podstawy było przyjemnością i przygodą intelektualną. Kiedy pomyślę o kolejnych szefach MEN, którzy w kilku krokach zniszczyli tę konstrukcję, ogarnia mnie bezsilna furia. Niestety, ignorancja i brak empatii są apolityczne.

 

Notka o autorze: Jarosław Pytlak jest dyrektorem Szkoły Podstawowej nr 24 STO na Bemowie w Warszawie oraz pomysłodawcą i wydawcą kwartalnika pedagogiczno-społecznego Wokół Szkoły. Działalnością pedagogiczną zajmuje się przez całe swoje dorosłe życie. Tekst ukazał się w blogu autora.

 

Jesteśmy na facebooku

fb

Ostatnie komentarze

E-booki dla nauczycieli

Polecamy dwa e-booki dydaktyczne z serii Think!
Metoda Webquest - poradnik dla nauczycieli
Technologie są dla dzieci - e-poradnik dla nauczycieli wczesnoszkolnych z dziesiątkami podpowiedzi, jak używać technologii w klasie