Wakacje to czas odwołań od ocen prac maturalnych. Jeśli zdający ma wątpliwości co do uzyskanego wyniku, może wystąpić do Okręgowej Komisji Egzaminacyjnej o wgląd do pracy. Wymaga to sporej mitręgi – zgłoszenia wniosku, odczekania kilka dni na wyznaczenie terminu, stawienia się osobiście we wskazanym czasie, liczonym już w tygodniach od złożenia wniosku, w siedzibie właściwej OKE, co dla wielu osób wiąże się również z koniecznością podróży.
Ponieważ jednak doniesień o błędach egzaminatorów nie brakuje, a kontrola NIK w roku 2025 urzędowo wykazała, że odsetek prac błędnie ocenionych w jednej OKE może sięgać nawet 20, liczba zainteresowanych jest duża. Szczególnie gdy w grę wchodzi sprawdzenie wyniku skutkującego oblaniem matury albo słaby rezultat na poziomie rozszerzonym, ograniczający szansę dostania się na upatrzony kierunek studiów. I to pomimo wysiłku wiceministry Lubnauer, która specjalną rolką w internecie w swoim czasie brawurowo unieważniła wyniki wspomnianej kontroli.
Wykrycie błędów w punktacji prac maturalnych nie jest proste. Dotyczy to wszystkich przedmiotów, ale w sposób szczególny języka polskiego, w którym kryteria są wyjątkowo złożone, a w niektórych elementach pracy ocena jest wrażliwa na interpretację egzaminatora. Przydatna może więc okazać się porada nauczyciela, tym bardziej, gdy w grę wchodzi napisanie wniosku o weryfikację, czyli po prostu odwołania od wyniku, które musi być odpowiednio umotywowane i wpłynąć do OKE w ciągu zaledwie dwóch dni do wglądu. Problem w tym, że nie wszyscy maturzyści mają dostęp do fachowego wsparcia.
W praktyce wielu nauczycieli bezinteresownie pomaga w tym czasie swoim byłym uczniom. Niektórzy, jak znany polonista Paweł Lęcki, swoje wsparcie pro bono oferują w sposób otwarty. Są wreszcie tacy, którzy udzielają pomocy za wynagrodzeniem. Żadne z tych rozwiązań nie ma charakteru systemowego. Nie ma, bo mieć nie może. A nie może, bo polski system edukacji także na tym odcinku działa w imperatywie bezkosztowości, podczas gdy zmiana obecnego stanu rzeczy wymagałaby nakładów, i to niemałych.
Problem błędów w ocenianiu egzaminów maturalnych staje na tapecie co roku. Wraz z rosnącą liczbą wglądów rośnie też temperatura dyskusji, choć od rozwiązania jesteśmy wciąż tak samo daleko. Warto jednak zwrócić uwagę na pewne okoliczności tej sprawy.
***
Prace maturalne z języka polskiego sprawdza duża grupa nauczycieli-egzaminatorów. Jestem przekonany, że starają się jak najlepiej i na pewno nie jest im przyjemnie słyszeć głosy surowej krytyki. To niewdzięczna praca, wymagająca ogromnej uwagi, oparta, po części przynajmniej, na nieostrych kryteriach. Na dokładkę, wykonywana w weekendy, w wielogodzinnych sesjach, dla wielu egzaminatorów po normalnym tygodniu pracy i zaraz przed kolejnym. Nic dziwnego, że liczba chętnych do sprawdzania prac z języka polskiego – jak słychać co roku – jest niewystarczająca, na co wpływa także niskie wynagrodzenie. W tym miejscu można już połączyć kropki: mało egzaminatorów, duża liczba prac do sprawdzenia przez każdego z nich, zmęczenie, złożone kryteria oceniania, w efekcie jakiś odsetek błędów, uzasadnionych odwołań, no i krytyka. Tak to się plecie od kilku lat.
Scenariuszem pozytywnym byłoby na pewno zwiększenie nakładów na sprawdzanie prac. Więcej egzaminatorów, więcej czasu na każdy arkusz, docelowo luksus niezależnego sprawdzania przez dwie osoby i jakaś forma superwizji w przypadku „rozjechania się” obu ocen. No ale to wymagałoby pieniędzy, po które zresztą ustawiliby się w kolejce także specjaliści od innych przedmiotów maturalnych.
Scenariusz negatywny, to gremialna odmowa sprawdzania prac z języka polskiego. Państwo nie poprawia warunków pracy egzaminatorów, bo może. Brak chętnych za oferowane stawki mógłby wymusić reakcję. Tyle tylko, że na taki ruch szansa jest niewielka. Sporo osób sprawdza prace uważając, że są to winni swoim uczniom. Dla wielu dodatkowy dochód jest ważną pozycją domowego budżetu, są też osoby, które deklarują, że po prostu tę pracę… lubią. Ciężko o dobry pomysł, jak wyjść z patowej sytuacji. Na pewno nie jest nim petycja o zwiększenie wynagrodzeń egzaminatorów sprawdzających prace z języka polskiego, a takową miałem okazję zobaczyć. Ani tysiąc, ani pięć tysięcy głosów poparcia nie zmieni podejścia władz, o ile nadal będzie wystarczająco chętnych do pracy za oferowane obecnie stawki!
Skoro nie ma widoku na poprawę jakości sprawdzania prac maturalnych, w tym – o czym wcześniej nie wspomniałem – na zmianę kryteriów oceny w celu ich uproszczenia i zobiektywizowania - może jednak trzeba stworzyć system wsparcia dla maturzystów, od doradztwa, czy ocena danej pracy budzi wątpliwości, po wsparcie w pisaniu i uzasadnianiu odwołań? Niestety, nie da się tego zrobić bezkosztowo, więc najprawdopodobniej sytuacja w najbliższym czasie nie ulegnie zmianie. A skoro tak, to nadal będziemy znajdować w sieci wyrazy głębokiego oburzenia, że nauczyciele bawią się na wakacjach, zamiast pomagać swoim maturzystom w potrzebie, albo, że owszem, mają prawo do urlopu, ale „szkoła powinna coś w tej sprawie zrobić”. Te pretensje i oczekiwania są z gruntu niesłuszne, co wykażę korzystając z mimowolnego wsparcia Stowarzyszenia Umarłych Statutów, organizacji pozarządowej, walczącej o respektowanie praw uczniów w szkołach. Oto na krótko przed maturami na profilu fejsbukowym SUS pojawił się post, którego najistotniejszą część tutaj przytaczam:
Kochani Maturzyści,
kierujemy do Was koleżeńską przypominajkę: na maturę nie musicie wskakiwać: w koszule i marynarki, w garnitury, czy w sukienki – jeśli tego nie chcecie. Wasz strój powinien zapewniać Wam komfort podczas pisania egzaminu.
Wiemy, że egzaminom maturalnym – w wielu szkołach – towarzyszy uroczysty charakter, więc założenie odświętnego ubrania jest jak najbardziej OK! Pamiętajcie, że nie jest to Wasz obowiązek, a jedynie dobry obyczaj. Wiemy też, że wielu z Was może przeszkadzać „gryzienie“, pocenie się, uciskanie a zwłaszcza osobom z zaburzeniami sensorycznymi. I dlatego chcemy Wam powiedzieć, żebyście nie zmuszali się do zakładania ubrań, w których nie czujecie się komfortowo.
Nauczyciele mogli poinstruować Was w szkole, jak należy przyjść ubranym na maturę, ale te instrukcje nie są dla Was wiążące. Nie można nie wpuścić zdającego na salę egzaminacyjną z powodu tego, że ktoś uzna Wasz strój za nieelegancki.
Ewentualny argument, że „statut szkoły określa“ przestaje działać, ponieważ te postanowienia dotyczą wyłącznie uczniów, czyli już nie Was – absolwentów.
Proszę zwrócić uwagę na ostatnie zdanie. Wynika z niego jednoznacznie, że zdający egzamin maturzysta nie jest już uczniem swojej szkoły. Więc, Drodzy Rozżaleni, tym bardziej nie jest nim w lipcu, w okresie wglądów i odwołań. Z tego właśnie powodu szkoła nie ma obowiązku organizowania wsparcia. Tak jak nie ma podstawy prawnej, by od maturzysty wymagać określonego stroju na egzaminie, tak nie ma podobnej podstawy, by oczekiwać od nauczyciela pomagania mu w sprawie odwołania od wyniku matury.
Od pewnego czasu z niepokojem obserwuję postępującą paragrafizację funkcjonowania szkoły, w której aktywny udział bierze także SUS. Zastępowanie dobrych obyczajów coraz bardziej drobiazgowymi przepisami, oczywiście w intencji ograniczenia potencjalnego bezprawia zagrażającego uczniom. Mam poczucie, że w morzu tego, do czego każdy „ma prawo” i co mu „się należy” ginie dzisiaj poczucie przyzwoitości, obowiązku i zwykła ludzka życzliwość. Nauczyciele robią wiele błędów, ale to nie wyjaśnia aż tak wielkiej utraty zaufania do nich, i takiej chęci dokładnego obwarowania ich pracy przepisami. Widzę w tym raczej przejaw ogólnego trendu, jakim jest dramatyczne obniżenie poziomu zaufania społecznego.
Szczęśliwie, nadal większość maturzystów przychodzi na egzamin w odświętnym ubraniu. Jednak nawet jeśli ktoś pojawiłby się w stroju codziennym, nie będzie miał problemu z przystąpieniem do matury. Komisje doskonale wiedzą, w jakich sytuacjach mogą abiturienta nie dopuścić do pisania pracy. Ta do nich nie należy. Z tego punktu widzenia „przypominajka” SUS nie była potrzebna. Stanowiła jednak wyraźne podkreślenie, że wygoda maturzysty i jego dobre samopoczucie jest oczywistym priorytetem wobec przestrzegania zasad dobrego obyczaju. Formalnie – to prawda, w praktyce w ten sposób psujemy życie społeczne. Przekonanie, że wszystko można uregulować przepisami jest dla mnie wyrazem braku wyobraźni. A już w szkole – w szczególności.
W zdrowym społeczeństwie maturzysta bez żadnego przypominania uzna za swoją powinność pojawienie się na uroczystym, bądź co bądź, wydarzeniu w odpowiednim do tej okazji stroju. Z punktu widzenia pedagogiki znajdujemy się w tym przypadku na wyższym poziomie celów wychowania niż po prostu wdrożenie do przestrzegania prawa. Paragrafizacja – co pragnę w tym miejscu podkreślić – ściąga nas do poziomu niżej. Nadzieja, że świat będzie lepszy, gdy wszystko skutecznie wymusimy w imię „mam prawo”, a nie zaszczepimy w postaci poczucia powinności, szacunku dla obyczajów, jest złudna. Ten świat nie będzie lepszy, stanie się po prostu bezduszny. Społeczeństwo zastąpimy amorficzną masą indywiduów.
Oddany uczniom nauczyciel będzie zainteresowany wynikami swoich maturzystów. W poczuciu powinności znajdzie sposób, by wesprzeć w potrzebie. Im bardziej jednak będziemy przedkładać prawa uczniów ponad ich powinnościami, tym bardziej musimy liczyć się z tym, że nauczyciele przyjmą postawę podobną.
Napisałem to wszystko jako wyraz niezgody na to, by prawnicy meblowali szkoły. Być może jednak moje refleksje to tylko łabędzi śpiew zaufania do ludzi, którego ja sam, po doświadczeniach kilku ostatnich lat w kierowaniu szkołą, też mam mniej niż dawniej. Może faktycznie przyszłość edukacji należy do prawników, a nie pedagogów?!
W tym miejscu pozwolę sobie przytoczyć myśl, którą ku pokrzepieniu serc pożegnałem w tym roku kończących szkołę ósmoklasistów. Otóż zaufanie do ludzi jest, używając języka ekonomii, inwestycją wysokiego ryzyka. Bardzo łatwo na nim stracić, czyli doznać zawodu. Jednak stopa zwrotu z tej inwestycji w przypadku sukcesu jest ogromna. Nic tak nie uskrzydla jak poczucie, że można na kogoś liczyć.
***
Korzystając z okazji, z pewną taką nieśmiałością poddaję pod rozwagę Stowarzyszenia Umarłych Statutów, że może warto by podjąć interwencję na najwyższych szczeblach w celu zapewnienia rzetelnego sprawdzania egzaminów maturalnych oraz, ewentualnie, wsparcia dla maturzystów w występowaniu o weryfikację wyniku?! Mamy tutaj przecież jaskrawy przykład naruszania praw młodych ludzi do uczciwej oceny ich wysiłku, co powinno stanowić przedmiot powszechnej troski. Szkoły nie pomogą, bo maturzyści – jak słusznie wywiódł sam SUS – nie są już uczniami, ale wpływowa organizacja społeczna mogłaby pokusić się o przekonanie władz (MEN/CKE), że sytuacja wymaga interwencji. Oby tylko, koniec końców, nie okazało się, że problem zostanie jednak zrzucony na szkoły. Jak zwykle.
Notka o autorze: Jarosław Pytlak jest dyrektorem Szkoły Podstawowej nr 24 STO na Bemowie w Warszawie oraz pomysłodawcą i wydawcą kwartalnika pedagogiczno-społecznego Wokół Szkoły. Działalnością pedagogiczną zajmuje się przez całe swoje dorosłe życie. Tekst ukazał się w blogu autora.


