Co ma piernik do patriarchatu?

fot. Fotolia.com

Narzędzia
Typografia
  • Smaller Small Medium Big Bigger
  • Default Helvetica Segoe Georgia Times

W szeroko rozumianej publicystyce zajmującej się problematyką oświaty wciąż pokutuje wyobrażenie szkoły jako podmiotu niejako zewnętrznego w stosunku do reszty społeczeństwa, posiadającego gotowe recepty i narzędzia na rozwiązanie wszelakich problemów, których jednak, z niewiadomych względów, nie chce tenże podmiot używać. Zdecydowanie zbyt często odnosząc się do szkoły posługujemy się uproszczeniami i myśleniem życzeniowym. Dotyczy to nawet kwestii związanych z WF-em...

Przeczytałem niedawno tekst dotyczący poważnego problemu, dotykającego szkoły nie tylko w naszym kraju, a mianowicie organizacji aktywności fizycznej dziewcząt. Bolączki z nią związane nie należą do nowych ani błahych, a autorka bardzo rzetelnie je wymienia i charakteryzuje. Jednak mimo naszkicowania kulturowego tła i zewnętrznych, społecznych uwarunkowań obserwowanych trudności, w jej tekście ukryta jest ignorująca te czynniki sugestia, czy wręcz pretensja do szkoły, że jeszcze się z tym zagadnieniem nie uporała. No i oczywiście z tym okropnym patriarchatem, przez który dziewczynki nie chcą ćwiczyć na WF-fie. Niestety, mimo szeregu trafnych spostrzeżeń, znów otrzymujemy tekst sugerujący, że gdyby tylko ludzkie społeczeństwo było inne niż jest, nauczyciele bardziej świadomi i empatyczni, a szkoła i sport mniej patriarchalne, życie byłoby piękniejsze, a sale gimnastyczne pękałyby w szwach od dziewcząt przepełnionych miłością do kultury fizycznej…

Takie myślenie to właśnie wynik dominującej dziś chęci przemianowania i „zreformowania” szybkim, politycznie poprawnym dekretem zjawisk i procesów ewoluujących w kulturze od setek lat. To, jak można przypuszczać, nie zadziała systemowo, ale piewcy w ten sposób „wprowadzanych” zmian zdają się tego mankamentu nie zauważać, a co gorsze, są przekonani, że jeśli zdarza im się w tej czy innej sprawie mieć rację, to owa „racja” jest już wystarczającym powodem, by pożądana zmiana się dokonała.

Wróćmy do tego patriarchatu. Dużo łatwiej jest przecież za niefajną rzeczywistość obwiniać męski szowinizm, zbędną konkurencję, niedostatek miękkich kompetencji i przeciętność nauczycieli niż zmierzyć się z faktem, że niestety istnieją w szkole pewne kwestie nierozwiązywalne. Wbrew potocznym wyobrażeniom, owa „nierozwiązywalność” nie wynika jednak z braku woli, pomysłów czy narzędzi, ale ze sprzeczności dążeń i założeń. Nie da się ciastka zjeść i nadal je mieć, a do tego najczęściej sprowadzają się stare, szkolne dylematy pożenione z nowym paradygmatem.

Nie do pomyślenia jest więc przypuszczenie, że jakaś część młodych dziewcząt rzeczywiście może aktywności fizycznej nie lubić… tak, jak nie lubi jej zdecydowana większość populacji, w tym całkiem spora część chłopaków. Z kolei dla feministycznego wzmożenia charakterystyczne jest ignorowanie problemów, które dotyczą męskiej części naszego rodzaju. Chłopcy muszą sobie z bardzo podobnymi kłopotami radzić sami, bo nikt nie stosuje taryfy ulgowej wobec tych z nich, którzy, podobnie jak ich koleżanki, nie czują się komfortowo ze swoją cielesnością, nie dorównują reklamowym wzorcom, nie osiągają standardowych rezultatów i również są wybierani jako ostatni do gry w zbijaka. A presja otoczenia na nich skierowana wcale nie jest mniejsza. Im także doskwiera brak pryszniców i zbyt krótkie przerwy – wbrew stereotypom, młodzi mężczyźni też w większości nie lubią śmierdzieć. I nikt ich nie pyta czy lubią WF. Menstruacja oczywiście ich nie dotyczy, ale obrażanie się na ewolucję, która zdecydowała kiedyś o zróżnicowaniu organizmów na płcie i nie przejmowała się przy tym sprawiedliwym rozłożeniem związanych z tym upierdliwości, chyba mija się z celem. Nikt myślący nie będzie twierdził, że miesiączkowanie to jakaś frajda, ale też nikt nie zaprzeczy, że uczennic miesiączkujących przez większość miesiąca i cierpiących na związane z tym dolegliwości jest zdecydowanie więcej niż wskazywałby na to rachunek prawdopodobieństwa.

Zastanówmy się teraz, na ile jest to problem wytworzony przez szkołę (bo oświata powszechna, podobnie jak szczęśliwie miniony ustrój, generuje całe mnóstwo problemów, z którymi potem statutowo walczy) i na ile skuteczne mogą być podjęte przez nią kroki ku poprawie sytuacji. Oczywistym wyborem jest zatrudnienie świadomych i odpowiednio wrażliwych nauczycieli i nauczycielek. Choć nie wydaje się to jeszcze gwarantowaną normą, można przypuszczać, że takich nauczycieli płci obojga jest już całkiem sporo. Nie sposób przy tym nie zauważyć, że problem nietolerancji, braku komfortu w szatni i przeróżnych złośliwości wynika z zachowań koleżanek i kolegów uczniów i uczennic na nie narażonych, więc empatia nauczycielska, choć pomocna, kwestii w żaden sposób nie rozwiązuje – szkoła zawiniła w tym wypadku samym swoim istnieniem, czyli znaczącym wzmocnieniem prawdopodobieństwa nieprzyjemnych interakcji. Można to jej wyrzucać, ale nikt z podobnych powodów nie postuluje „obudzenia” lub zamknięcia szpitali, sklepów, restauracji czy stadionów. Jedyną różnicą jest to, że pobyt w wymienionych przybytkach jest z reguły dobrowolny, a w szkole… No, cóż, na dobrowolność szkoły nie godzą się nawet najbardziej zatroskani jej krytycy i 99,9% zmieniaczy. Sam mam w tej kwestii wątpliwości, ale dotyczą one nie tyle samego zlikwidowania edukacyjnego przymusu, ile momentu, od którego ten powszechny obowiązek powinien przestać istnieć – wciąż się obawiam, że jakaś, choćby znikoma część młodego pokolenia mogłaby podlegać wykluczeniom, z racji nieodpowiedzialności rodziców i opiekunów.

Od świadomości i empatii nauczycieli nie zależy również infrastruktura szkoły. Tu nie pomoże biadolenie o patriarchacie i braku wrażliwości na traumę noszenia takiego czy innego kostiumu. Tutaj potrzebne są ogromne środki, których brakuje na dużo bardziej naglące potrzeby niż neutralizacja zapachu snującego się z męskiej (damskiej też) szatni. Potrzeba na przykład pieniędzy na kolejne podręczniki do nowych przedmiotów, mających wyprostować ideologiczny i moralny kręgosłup młodych pokoleń – ich własne kręgosłupy są przy tym ceną, której żaden minister nie waha się zapłacić. Trzeba też jeszcze wyasygnować jakieś kwoty na propagowanie cnót niewieścich, które z jakimkolwiek WF-em stoją w jawnym konflikcie. Problem wydaje się więc pozorny – dziewczynki można z zajęć wychowania fizycznego zwolnić albo WF w ogóle ze szkół wyrzucić. Ewentualnie zostawić dla chętnych, którym własny zapach nie przeszkadza. A najlepiej ograniczyć do klas mundurowych, bo to przecież nie wypada, by przyszli obrońcy ojczyzny przewrotu w przód nie umieli zrobić. Zapewnienie odpowiednio długiej przerwy pozwalającej na higienę i wypoczynek wydaje się przy tym błahostką – w końcu jest jedynie kwestią organizacyjną, leżącą całkowicie (sic!) w gestii szkoły, przy czym mało kto zastanawia się, czy uczniowie rzeczywiście powinni spędzać w szkole całe dnie (co też kosztuje).

Jak widać, obwinianie szkoły o kreowanie u dziewcząt niechęci do aktywności fizycznej, czy sportu w ogóle, jest zupełnie bez sensu – nie ten adres.

A teraz a propos samego sportu – przyjrzyjmy się jego idei. Sport jest niczym innym jak bardzo niedawnym wynalazkiem, sposobem na ucywilizowanie i kanalizowanie agresji, nazywanej odtąd szlachetną rywalizacją. Chociaż dziś ilość krwi rozlewanej na rozmaitych arenach jest znikoma i z pewnością uznajemy to za kulturowy postęp, nie spodziewałbym się rychłego pozbawienia sportu jego głównego waloru, czyli tej przebrzydłej konkurencji i emocji z nią związanych – aby się o tym przekonać wystarczy udać się na jakiekolwiek zawody sportowe i to niekoniecznie w pobliże bokserskiego ringu czy piłkarskiego stadionu. Myliłby się także ktoś, kto twierdziłby, że żeńska część populacji jest na narkotyk konkurencji odporna – wręcz przeciwnie, rywalizacja bezpośrednia i pośrednia (uwielbienie i doping dla rywalizujących samców) jest dla sporej jej części równie naturalna. Aspektu seksualnego sportu jako okazji do wykazania potencji i sprawności, nie będę rozwijał, bo jeszcze zostanę oskarżony o propagowanie patriarchatu i maczyzmu...

Próby przerobienia sportu na jakieś tam zajęcia na świeżym powietrzu, wyprane ze „zbytecznej konkurencji” przypominają namawianie do gry w pokera na zapałki i, będąc równie atrakcyjnymi i ekscytującymi dla przebodźcowanej młodzieży, co seans bingo w domu spokojnej starości, mogą ją co najwyżej do reszty odstręczyć od WF-u. Ten trend potępiania rywalizacji jest odpowiedzią rozmaitych „wrażliwców” na logiczne skądinąd podejrzenie, że zwycięzców zawsze będzie zdecydowanie mniej niż uczestników jakiejkolwiek aktywności. Starają się więc oni nie dopuścić, by biedne dziecko dowiedziało się, że w ostrej rywalizacji uczestniczy od urodzenia i cała reszta jego życia na niczym innym mu nie upłynie...

Prawdopodobnie problem tej antyrywalizacyjnej histerii w ogóle by nie zaistniał, gdyby czujnym psychologom i pedagogom konkurencja nie myliła się ze zmuszaniem do niej, w stopniu większym niż czyni to samo życie. Niestety, w świecie, w którym ostrzega się, że świeżo zaparzona kawa „może być gorąca”, odróżnienie samego zjawiska od jego ewentualnych następstw zdaje się być kompetencją na zawsze utraconą i na przykład nikogo już nie dziwi, że za zaległości edukacyjne powszechnie obwinia się nie COVID-19, ale e-learning. Dokładnie tak samo jest z rywalizacją – to ona jest obwiniana o to, że spragnieni własnego sukcesu nauczyciele niejednokrotnie wystawiają jednego, dobrze rokującego ucznia do kilku konkursów naraz.

To oczywiście nie jedyna patologia płynąca z zastąpienia dobrowolności nauki jej prawnie usankcjonowanym obowiązkiem, który oczywiście wymaga narzędzi egzekucji. Nakłanianie do rywalizacji ludzi jej niechętnych byłoby zjawiskiem marginalnym, gdyby nie obowiązek oceniania, nałożony na nauczycieli ustawą. Gdyby nie to, upokarzające porównywanie klasowego niezdary, z wyrośniętym kapitanem szkolnej drużyny lekkoatletycznej nie byłoby tak powszechne. Podobnie, bohaterki tekstu Marii Hawranek, które nie są w stanie złapać podawanej im piłki, nie musiałyby udowadniać, że są zdolne przebić ją na drugą stronę siatki. Ocenianie szkolne ma szereg wad, ale zmuszanie nauczycieli WF-u do stosowania tej samej skali do oceniania uczniów o bardzo zróżnicowanych uwarunkowaniach psychofizycznych jest już idiotyzmem porównywalnym jedynie z klasyfikacją ich religijności, słuchu muzycznego i zmysłu plastycznego.

Oczywiście, przyzwoici nauczyciele płci obojga będą tak lawirować, żeby wszystkie te nonsensy jak najmniej obciążały uczniów, ale koniec końców nie zawsze jest to możliwe, bo są też granice obciążeń, które sami mogą wziąć na barki. Powstaje pytanie, czy to oni są winni całej obserwowanej i wytykanej im bzdurze i czy mogą coś z tym zrobić, kiedy winni nie są.

Pełna wersja tekstu autora, zawierająca jeszcze kilka wątków w tym temacie, dostępna jest w blogu autora.

 

Notka o autorze: Robert Raczyński – anglista, tutor, nauczyciel chyba nie tylko angielskiego, ale z dystansem do misji, metodyki i nauczania masowego, dydaktyczny oportunista. Kiedyś uczył w śp. gimnazjum, dziś w liceum. Prowadzi blog Eduopticum, o oświacie, edukacji i ich funkcjonowaniu w kulturze.

 

 

Jesteśmy na facebooku

fb
Edunews.pl oferuje cotygodniowy, bezpłatny (zawsze) serwis wiadomości ze świata edukacji. Zapisz się:
captcha 
I agree with the Regulamin

Ostatnie komentarze

E-booki dla nauczycieli

Polecamy dwa e-booki dydaktyczne z serii Think!
Metoda Webquest - poradnik dla nauczycieli
Technologie są dla dzieci - e-poradnik dla nauczycieli wczesnoszkolnych z dziesiątkami podpowiedzi, jak używać technologii w klasie